Wspomnienie żołnierza KOP cz. III

/ 1 komentarzy / 2 zdjęć


  C.d. wspomnień st. strz. Andrzeja Tabora z 2 bat. KOP "Wilejka"                   

                              "Matce nie otrze nikt łez"

6 września 1939
"Rano budzi nas szum silnika motocyklowego i strzały z l.k.m. (lekki karabin maszynowy), to broń niemiecka. Od nas całkowity spokój. Kuziel poszedł sam na zwiad. Wraca i mówi, że bada sukinsyn i płoszy, jakby kto był to ucieknie. Siedzimy całą grupą. Ja biorę się do tej ukradzionej konserwy i migiem próżne pudełko. Idę po wodę, bo jest mokradło i piję i piję – aż do syta. W Podolanach ruch, widzę przez drzewa całą masę Niemców. Porozbierani tylko w spodenkach. Myją się i śpiewają donośnie. Kuchnie dymią w kilku punktach. Podchodzę na skraj, 
a tu z lornetką por. Kuziel z majorem Kuferskim obserwują wroga. Dwa wojska naprzeciw siebie. Jedno ledwie żywe, głodne, wynędzniałe, a wróg syty i wypoczęty. Psy wyją straszliwie nadal, choć to już dzień. Ileż tu istnień ludzkich zgaśnie. I pytanie, czy zostaniemy dzisiaj wykończeni? Wróg zaiste potężny, silniejszy i liczebnie przewyższa nas chyba pięciokrotnie lub więcej. Biegną gońcy z rozkazami, a za chwilę druga i trzecia kompania cichaczem przemykają na stanowiska. Druga kompania idzie na lewo w las, trzecia w las w prawo. Widać, że w pierwszej kompani szkolnej zostaje otwarte całe wzgórze pod dworkiem na dole, obsadzone ziemniakami. Idzie już wąwozem pierwsza kompania. Widzę, że żołnierze niosą całe skrzynki amunicji. Dowiaduję się, że major Kuferski dopędził i zebrał w kupę oraz nakazał ten kierunek i cel kilkunastu naszym wozom amunicyjnym wraz z wozami plutonu c.k.m. Brak tylko żywności. Por. Kuziel idzie wąwozem za kompanią. Woła mnie za sobą. Tu będziesz miał pole do popisu, zobaczymy co potrafisz. Wiesz co masz robić, ale amunicji nie marnuj, bo nie na więcej, Zostawia mnie w połowie wzgórza w wąwozie. Z prawej strony mam wysoki brzeg wąwozu a nad nim równe pole. Podchodzę na szczyt i obserwuję dół z biegiem wąwozu. Niemcy pobierają śniadanie przy kuchniach, siedząc jedzą. Całe pole, płoty, podwórza zawalone wojskiem z lewej strony jak okiem sięgnąć same samochody ustawione jak do przeglądu. Między nimi kręcą się gdzie niegdzie porozbierani żołnierze niemieccy. Ale już słychać długi gwizdek – cisza, Niemcy nie zwracają na nic uwagi. Pada strzał z pistoletu. To por. Kuziel strzela. Kilka głów się zwróciło z niemieckiej strony na wzgórze, ale nie ma żadnego popłochu. A tu jak nie rąbną nasi, cała ulewa pocisków wali w Niemców. Bije ponad pięćset luf. Osiemnaście r.k.m. i trzy c.k.m.-y. Wśród Niemców istne piekło. Widzę dokładnie, jedni walą się kupami na ziemię, niektórzy jak wory piasku, drudzy wyrzucają ręce w górę, skręcają się, następnie koziołkują. Wpadają na siebie, biegnąc jedni w tą, a drudzy w inną stronę. Straszliwy, okropny widok. Za Wiśniową, myślę sobie. Ogromny ogień ogarnia wieś, pali się wszystko. Wrzask straszliwy, okropny, przebija się nawet przez strzelaninę. Ogień nie słabnie z naszej strony. Zaczynają się palić samochody, ale już pociski zaczynają gwizdać i w naszą stronę. Z domów stodół już biją Niemcy. Pociski przenoszą wysoko, idą na dwór. Widać stąd jak jabłka spadają z drzew. Nadchodzi Niemcom pomoc dość szybko, za jakieś dziesięć minut. Pociski już biją po wale, trawa wyskakuje parę metrów ode mnie, więc usuwam się z wysokiego wału na dno wąwozu. Co kilka minut wysuwam się w górę i obserwuję pole w dół bo stąd lub z lewej z lasu od krzyżówki spodziewam się czołgów. Powtarzam tą czynność kilkakrotnie i nic. Ale muszę być, jak dowódca powiedział mi że będę miał pole do popisu. W miarę jak trwa strzelanina, coraz niespokojniej zaczynam obserwować. Tymczasem są już pierwsi ranni. Gdzieś po pół godziny lub więcej, tej strzelaniny zostaje wykryty r.k.m. z trzeciej drużyny. Beleć celowniczy zostaje ciężko ranny. Ledwo doskoczył do r.k.m.-u kpr. Bacza, zaraz zostaje również ciężko ranny. Por. Kuziel nakazuje zmianę stanowiska. Czołga się kpr. Grzyb i zabiera r.k.m. dalej na inne stanowisko. Przez to na całym prawym skrzydle ogień rzednie, a Niemcy walą na lewe skrzydło. Mnie zaczyna być gorąco, ponieważ tną jak kosą po wąwozie, chociaż w nim ludzi nie ma. Ja nie mogę się usunąć. Znajduję niżej głębszy załom po lewej stronie i nadal obserwuję w lewo i w dół. Naraz słyszę krzyki na prawym skrzydle, więc drapię się skulony na brzeg, patrzę a na stanowiskach trzeciej i czwartej drużyny czołg, ale już siedzą na nim nasi, wyrywają bagnetami pokrywę i walą granat. Na mnie idzie drugi czołg. Skręca po polu to w prawo to w lewo i pluje z maszynki w dół, Przywieram więc ciałem do ziemi i odpinam łopatkę, bo nie mam na czym rusznicy zeprzeć. Wbijam w ziemię, kładę rusznicę i bach! Ładuję drugi raz, celuję dobrze – bach! Poprawka. Ale straszna lawina pocisków wali wokół mnie, więc koziołkuję z rusznicą w dół. Jednak nie dostałem. Odetchnąłem lżej. Za chwilę podchodzę znów na wał. Widzę że czołg dymi i coś z nim niewyraźnie. Urywanie pracuje silnik, a czołg cofa się jakby skokami do tyłu i dymi. Więcej nic nie widać a tu znów mnie namacali więc z powrotem w wąwóz. 
Za chwilkę dobiega do mnie por. Kuziel. Chodź, chodź, mówi i drapie się na wał. Ja za nim. Dawaj rusznicę! Więc załadowałem, dowódca każe mi zgiąć się. Więc skurczam się w sobie czekając, że rychło dostanę całą serię w siebie. Kładzie na mnie rusznicę, ja widzę trzeci czołg o pięćdziesiąt metrów wyżej niż poprzedni. Porucznik Kuziel bije dwa razy. Ala pociski biją już w nas. Dowódca ma dołem płaszcz kilkakrotnie przestrzelony. Jeden pocisk wyrżnął w rusznicę więc ja nie wytrzymuję nerwowo i koziołkujemy obaj w dół. Za chwilę znów obserwujemy ale żadnego czołgu niema, natomiast z lasu walą kłęby czarnego gęstego dymu. Podchodzimy do kompanii. Strzelanina zaczyna teraz  gwałtownie słabnąć. Wreszcie ucichło wszystko wokół. Żołnierze nasi idą całym polem, nie kryją się zupełnie. Zbieramy się koło dworu. Od razu zbieramy jabłka, rwiemy śliwy i zjadamy z apetytem. Nie lękamy się wroga, gdyż już go nie ma koło nas. Zbiórka batalionu kompanii. Major Kuferski krótko przemawia, podnosi zasługi batalionu, odczytuje z notesu nazwiska poległych w tej walce. Jest ich sześciu, w tym dwóch podoficerów. Drugi pluton oddaje salwę honorową. O ironio – myślę sobie. Nasi gdzie front biegnie, ileż kilometrów na wschód przed nami w prostej linii, a my tu oddajemy salwę honorową zwycięzców nad pokonanymi wrogiem, za poległych kolegów. Mamy czternastu rannych. Zostawiamy ich we dworze, gdyż nie można ich transportować, a po drugie gdzie i dokąd i jaki nasz los dalszy będzie.

Zmarł biedaczysko w szpitalu polowym,
Wczoraj był cały i zdrów.
Czeka go pogrzeb z honorem wojskowym,
Czeka gotowy nań grób.
A gdy opuszczał swą wioskę rodzinną
Matuś tonęła we łzach.
A gdy się żegnał z kochaną dziewczyną
Ta rozpaczała aż strach.
Już Ciebie trębacz nie do boju,
Nadszedł wędrówki Twej kres,
Jeno Twa luba nie zazna spokoju,
Matce nie otrze nikt łez.

Kpr. Grzyb, Bacza, st. strz. Beleć, Kołodziej, Zimnal – oto nazwiska poległych w Podolanach.
Zabieramy się w drogę idziemy grupami, wozy w środku a na przedzie ubezpieczenie, maszerujemy bez pośpiechu, po drodze wiara wskakuje do domów, dostają mleko i chleb. Ja wypijam litr mleka. Idziemy wierzchem wzgórza na Wieniec – Dąbrowicę. Widzimy jak koło rzeki Raby w Książnicach bije niemiecka artyleria na Łapczycę. Cała Łapczyca zasnuta dymami. Biją chyba ze trzy baterie. Jak na paradzie, w ogóle nie zamaskowani. Widać drogę Gdów – Bochnia. Nie jadą nią żadne pojazdy. Ach, żeby miał tak kto podejść i zrobić drugie Podolany z tych baterii. Zdaję sobie sprawę że było by to niezmiernie łatwo, ale nie naszym batalionem. Gdybyśmy byli wypoczęci to tak. 
Obserwuję majora Kuferskiego i porucznika Kuziela. Major jest cały czerwony, rysy wykrzywione, wyczytuję wielką wściekłość w tym człowieku, co chwilę strzepuje gwałtownie to jedną to drugą ręką. Kuziel spuszcza głowę i milczy. Tak dochodzimy do Dąbrowicy. Tutaj na skrzyżowaniu dróg zatrzymujemy się, wysłane zostaje rozpoznanie około półtora kilometra w przód na Stradomkę. Widoczność bardzo dobra. Patrol osiąga Stradomkę i daje znaki. Droga wolna, nigdzie śladu Niemców. Ze Stradomki wspinamy się dróżką na wzgórze i wychodzimy między Sobolowem a Nieprześnią na drogę wiodącą do Wiśnicza. Nigdzie śladu Niemca. Ludzie o niczym tu nie wiedzą. Zbliża się wieczór słońce chyli się ku zachodowi. Posuwamy się powoli. Mijamy Nieszkowice i z góry schodzimy na Olchawę. Tu już znajoma okolica i znajomi ludzie. Pukam do Dziedzica w Olchawie. Śpią. Pukam mocno. Wstaje Leon Dziedzic mój kolega. Przedstawiam się kto jestem i proszę go żeby dał znać matce, że mnie widział całego i zdrowego i pozdrowił wszystkich w domu. Dają mi pół bochenka chleba, cały ser (chyba z kilogram waży) i miarkę mleka. Więc dziś najem się do syta! Ale wiadomości złe. Za mną zatrzymał się por. Kuziel, widzę że mnie pilnuje. Dziedzic mówi, że rano w Wiśniczu była bitwa i że Niemcy wieczór wkroczyli do Wiśnicza od Bochni. Pytam się go, jaki dzień dziś mamy, a jaki jutro będzie. Mówi że dziś jest środa szósty września, czyli dziś mija sześć dni wojny i jestem pod Wiśniczem, natomiast drugiego w sobotę byłem jeszcze w Przyborowie na granicy. Żegnamy się i idę dalej. Por Kuziel idzie z majorem, a samochód jedzie ze zgaszonymi światłami z tyłu. Mój dowódca-pyta czy nie zapomniałem Wiśnicza i czy potrafię oddział przeprowadzić, oraz jak uważam obejść Wiśnicz, gdyby byli tam Niemcy. Odpowiadam: tak będą w Wiśniczu jak i tu są. Ale objechać trudno będzie furmankami i samochodem. Do reszty będziemy coś radzić w kierunku lasu w Kopalinach. Stoję na czele patrolu i prowadzę, ale porucznik karze mi zostać w tyle za sobą a na szpicę idzie Kołodziej i Zimnawoda. Dochodzimy do Wiśnicza. Napięcie siarczyste. Wchodzimy w pierwsze uliczki – nic, cisza. Posuwamy się do Rynku – też nic. Już mamy pół miasta w ręku. Ostrożnie skokami przez Rynek. Nic. Zdumienie nas ogarnia. Czyżby się front złamał 
i Niemcy zwiali? Ale łuny znaczą front. Nad Bochnią wielka czerwona łuna i na wschodzie nic nie widać. Por. Kuziel zatrzymał szpicę w Rynku i podciąga cały oddział na skraj, a gdy jest już wszystko w kupie, więc szybki marsz na Stary Wiśnicz w kierunku Brzeska. Za Wiśniczem jakaś przemożna siła ciągnie mnie do domu. Choć na chwilkę ich zobaczyć. Pokazać się że żyję. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, więc siadam. Podchodzi por. Kuziel bierze mnie pod rękę i mówi: chodź, chodź Jędrek, rozumiem cię dobrze, ale nie wiesz czy pozostał kto w domu. Położył mi rękę na ramieniu a ja zaczynam iść chwiejnym krokiem. Żal i tęsknota za domem dławią mi gardło. Palisz? – pyta mnie. Nie – odpowiadam. Idziemy dalej w milczeniu. Przeszliśmy cały Stary Wiśnicz i zatrzymujemy się na granicy Kobyla o pierwszej w nocy. Znów walimy się z nóg i śpimy, ale już po stodołach.

7 września 
Rano wstajemy o siódmej. Szukamy coś pić ale mleka w Starym Wiśnicz i Kobylu nie ma dla żołnierzy. Nie ma także chleba. Ciągnę więc wodę ze studni, podbiega chłop i wyrywa mi wiadro mówiąc, że mu woda potrzebna bo ma mało. Zamachnąłem się rusznicą, więc klnąc odszedł. Zapamiętałem że to był dom pod blachą na samej granicy Kobyla i Starego Wiśnicza. Od 31 sierpnia umyłem się dzisiaj pierwszy raz. Jak mogliśmy, tak każdy skombinował coś do zjedzenia. Piekli żołnierze nawet ziemniaki w ogniu. Ja miałem jeszcze ser i chleb. Rozdałem trochę kolegom, tak że na zapas nie zostało mi nic. Potem zbiórka, przeliczono stan i z powrotem w drogę. Idziemy na Uszew – Brzesko. W Uszwi już kobiety podają coś zjeść żołnierzom. A w Brzesku witają nas z owacjami, bowiem idziemy ostatni i nie spodziewali się nas, bardziej spodziewaliby się Niemców. W Brzesku nasza łączność podaje wiadomość że 5-go w rejonie Lipnicy zaginął pułkownik Gaładyk, dowódca naszej brygady. Ponieważ Niemcy zajęli Tarnów, więc płk Gaładyk albo w niewoli, albo został zabity. Dowódca nakazuje bardzo pospieszny marsz. Wszędzie podają nam chleb i wodę z sokiem malinowym. Pijcie, bracia – wołają i w marszu pchają nam naczynia napełnione do rąk. Więc biorę jeden i piję. Mężczyzna biegnie za mną z wiadrem. Podaje drugi raz i wypijam. Na skrzyżowaniu szosy Bochnia – Tarnów niema Niemców. Byli podobno, ale się cofnęli. Objeżdzają podobno Brzesko od północy czołgami. My teraz już biegiem rwiemy na Szczurową. Byle w piachy. Za Słotwiną zwalniamy, każdy z nas mokry od potu. Koło Szczurowej chwytają mnie kolki. Padam na ziemię, nie mogę złapać tchu, a i żołądek niesamowicie boli. Mijają mnie koledzy bez słowa. Kapral Mizera, dowódca drugiej drużyny zatrzymuje się przy mnie i mówi: Coś Tabor już gotów? Za kawał czasu kolki ustają. Podnoszę się i idę za swoimi. Nie jestem w stanie się pospieszyć i dogonić ich. Koło Radłowa gdzie droga wychodzi z lasu, jest otwarte pole około 250 metrów i most. W tym miejscu jakiś podobno pułkownik kazał zebrać wojsko w kupę, gdyż jak się wyraził, batalion KOP spod Podolan i w takiej rozsypce, a takie dobre wojsko, wiec aż nieładnie. Musiał to być Niemiec przebrany i czatował na nas, za klęskę pod Podolanami chciał się odwdzięczyć. Ale żołnierze nie formowali szyku, tylko walili się na ziemię, ja już dogoniłem oddział na furmance. Więc mówią mi, żebym dołączył do swojej kompanii. Wtedy dostrzegłem jadące dwa czołgi w naszą stronę i są już niedaleko mostu. Poznałem. Jak nie wrzasnę na całe gardło: czołgi niemieckie, rany Boskie, uciekać! W mig popłoch, a tu Niemcy jak pluną ogniem z leśniczówki, z lasu i od rzeki, od południowej strony. Rakiety oświetlają cały teren, widno jak w dzień. Sporo ludzi zwaliło się na ziemię, ale nasi już się bronią, idą granaty z obu stron. Pierwsza kompania poniosła największe straty, a tymczasem druga i trzecia gonią Niemców. Ja biegnę do swoich fosą, ale jest już wszystko w rozsypce i widzę że dużo ludzi leży. Niektórzy jęczą. Czołgi już przy moście, już pierwszy na moście, drugi za nim. Kłapie klapą i daje światło przed siebie. Strzelam z rusznicy niewiele celując. Widzę tor pocisku poprzez muszkę i szczerbinkę idzie w czołg dość nisko, naraz błysk i potworny huk.
Niema czołgów niema mostu, co się stało nie mogę sobie w ogóle wytłumaczyć, do dzisiaj zostałem ogłuszony. W uszach, mi dzwoni piekielnie i leżę sobie nie mogąc się pozbierać. Po jakimś czasie podnoszę się i biegnę do rzeki w wiklinę, gdyż od Radłowa sypie się cały rój pocisków świetlnych. Nietrudno oberwać. Posuwam się brzegiem rzeki, wśród wikliny na północ. Gdy już odszedłem jakiś kilometr, zaczynam szukać drogi. Oglądam się za siebie, widzę że pali się sporo domów. Łuna krwawa na całym niebie. Strzały już cichną w okolicy Radłowa. Nie wiem nic co z naszym oddziałem. Zdaję sobie tylko sprawę że urządzili nam Niemcy zasadzkę specjalnie. Mam dość wszystkiego, teraz tylko odpocząć, najeść się i odpocząć. Ale o niewoli nie myślę, więc trzeba dążyć ostatkiem sił dalej. Gdzieś może się ta nagonka niemiecka skończy. Przecież tłuką i nasi. Niemcy też ponoszą straty. Za Radłów odpowiedzialne jest dowództwo. Strach przed niewolą i wola walki za wolność naszą jest silniejsza, aniżeli nadludzki wysiłek i przemęczenie. Idę dalej w kierunku północnym, rzekę mam po prawej stronie. To dla mnie drogowskaz przed zabłądzeniem. Wiem że dojdę do Dunajca. Po prawej stronie, na wschód słychać strzały, bój tam trwa. Idę jak mogę najszybciej, ale oczy mi się kleją same. Potykam się co chwila. Na niebie widać świt, teraz obserwuję teren."

Część IV niebawem.

 

 


 

5
Oceń (4 głosów)

 

 

Wspomnienie żołnierza KOP cz. III - opinie i komentarze

zylkoszylkos
0
,, Liczę amunicję, mam jeszcze pięć sztuk, czyli dwa naboje zgubiłem gdzieś''.-,,żołnierzu wiecie ile nabój kosztuje?!!!-rzecze dca kompanii na strzelnicy w Olsztynie w 1998 roku,hehheehhe... (2017-02-05 23:47)

skomentuj ten artykuł