Wspomnienia żołnierza KOP cz. VI

/ 1 komentarzy / 2 zdjęć


       Wspomnień st. strz.  Andrzeja Tabora z batalionu KOP „Wilejka” cz. VI – ostatnia.

                                            Droga do domu. Jędruś! – Mamo!

Wstępowałem po drodze do domów (25-26 września). Dostawałem jajka, mleko i nie odczuwałem głodu. Szedłem ostrożnie omijając większe osady i dowiadując się, gdzie Niemcy stacjonują. Następnego dnia (27 września) byłem obok Dębicy. Po drodze wszyscy rozpytywani ludzie mówili, że Niemcy zabierają ludzi i podwożą do domów. Więc po przespaniu nocy dnia 28 września wyszedłem po południu na drogę i zatrzymałem samochód prosząc Niemca o podwiezienie mnie do domu w Bochni. Jadę sam na wozie z dwoma Niemcami. Samochód pożera kilometry i za piętnaście pierwsza jesteśmy w Tarnowie. Szlaban jak na granicy, więc samochód się zatrzymuje. Sprawdzanie papierów, następnie ściągają mnie z wozu i prowadzą na wachtsztubę. Dostałem chleba z surowym, mielonym mięsem polskiego pochodzenia. Nakarmiony i napojony teraz dostaję się do niemieckiego oficera. Mówi biegle po polsku. Pyta o formację w jakiej służyłem i przynależność pułkową. Mnie cos tknęło i podałem 12 pułk piechoty, pytał o dowódców i spisywał. Podałem przeto na chybił trafił. Potem spisywał w jakich miejscach byłem w bitwach. Na potknął delikatnie o KOP-ie. Na mnie skóra ścierpła i zdałem sobie sprawę, że będzie źle, ale i swoje nazwisko inne podałem, więc będzie sprawdzał i chyba z tego pułku też ma żołnierzy, więc kłamstwo wyjdzie. Teraz wyprowadza mnie na podwórze i każe dołączyć do dużej grupy ludzi i odmarsz do obozy w fabryce w Mościcach. Jestem kompletnie rozbity i zdenerwowany. Za nami już wrota z drutem kolczastym się zamknęły. Więc zaczynam jak leśny zwierz myszkować, którędy by się wyrwać. Wielka wieża wartownicza i wartownik co chwila na postrach strzelający. Dookoła drut kolczasty. Ale i tu Bóg swą mocą dopomógł. Znajduję kleszcze ułańskie na podwórzu wyrzucone przez kogoś. Siadam przy drutach od strony rzeki Białki i tnę, tylko trzeszczy. Następuje jedno solidne kopnięcie butem a góry na dół i w nogi na wolność. Ale przede mną już pcha się wiara i przeciska i w nogi w zarośla rzeczne. Ja jestem osłabiony i żadna miara nie mogę się dostać do otworu. Wreszcie krzyczę: Wy skurczybyki, to mnie nie puścicie, jak ja dziurę wyciąłem. Porucznik jednego odepchnął i mnie pcha, za moment jestem już nad rzeką. W zaroślach aż się roi i wszystko rwie ile sił z biegiem rzeki do Dunajca. Ubiegłem sporo ponad kilometr, a wtedy rozległy się krzyki w obozie oraz silna strzelanina. Ale my rwiemy dalej. We czwórkę żołnierzy idących w okolice Krakowa doszliśmy do Dunajca. Teraz wstępujemy do domku i pytamy jak przejść przez Dunajec. Odpowiada, że na moście silna warta, a tu jest woda głęboka i trzeba wziąć może łódkę. Powiedziano nam, gdzie jest przystań ze sprzętem pływackim i żeglarskim. W oznaczonym miejscu rzeczywiście znajdujemy szopę, ale łódki żadnej nie ma. Natomiast są dwa kajaki jednoosobowe. Siadamy po dwóch do jednego, ale aż krew krzepnie. Przy każdym ruchu wiosłem chlupie woda do środka. Jeden moment i możemy być w topieli. Wreszcie kajaki osiadają na piachu. Puszczamy je z prądem, aby nie zostawić po sobie śladu, gdyż mogą nas gonić. Idziemy marszem ubezpieczonym i docieramy w lasy. Po całonocnym marszu jesteśmy koło Pojawia. Teraz dzień (29 września) i musimy się bardzo kryć, maszerujemy na południe, aby od wschodu ominąć Brzesko. Na torach, co kilometr stoją wartownicy, więc za dnia jest nie możliwe. Za dnia upatruję dogodne miejsce do przeczołgania się nocą. Przed zapadnięciem zmroku jestem już uzbrojony, gdyż znalazłem kilka karabinów, pasy i amunicją. Więc wziąłem jeden karabin 100 sztuk amunicji. Nocą prześlizgnęliśmy się przez tory. Przez szosę też udało się prześlizgnąć, ale jadący samochód już poza drogą złapał nas w reflektory i kilka kul bzyknęło koło nas. Pędem puściliśmy się na południe. Teraz rozdzieliliśmy się. Jeden szedł na Zakliczyn, jeden na Limanową. Ja z Józkiem Brzozą dotarliśmy w lasy. Błądziliśmy do rana. Rano (30 września) byliśmy koło Gnojnika. Zmordowani i ubłoceni w bagniskach dotarliśmy do szosy Brzeska – Zakliczyn. Około południa udało się nam szosę przekroczyć i do wieczora dotarliśmy do Łomny i tutaj u Rybaków zanocowaliśmy i trochę podjedliśmy. Teraz można ( 1 października) zasięgnąć wiadomości co do dalszej drogi oraz do rozmieszczenia Niemców. Dowiaduję się, że w odległym o 5 kilometrów Wiśniczu jest sporo Niemców. Wysyłają patrole drogami i węszą po wsiach. Narobiło się już wielu donosicieli, którzy współpracują z Niemcami i donoszą wszystko. Trzeba po drodze być bardzo ostrożnym. Pozbierali już dużo naszych chłopaków co z wojska powracali. Jest obowiązek zgłaszania się do sołtysów kto z wojny wróci, a sołtysi natomiast maja obowiązek zgłaszać Niemcom przybyszów. Więc na ogół nie wesoło. Dalej są już ekscesy Niemców w stosunku do polskiej ludności. Surowy nakaz odstawy zboża i ziemniaków a przede wszystkim mięsa. Sojka Michał strażnik polski wrócił już do domu i stał się Niemcem i to zajadłym, więc trzeba się mu na oczy nie pokazywać. Więc bardzo dobrze, że zostałem gruntownie poinformowany o nowych stosunkach, więc trzeba być bardzo czujnym i ostrożnym, aby tu prawie w domu, lub w domu wpaść Niemcom w ręce. Buntuje się we mnie wszystko i krew ze złości, bezsilności i wściekłości aż rozsadza mi skronie. Więc zabieramy się z kolega do dalszej drogi. Idziemy wąwozami leśnymi, omijając teraz domy, abym się nie dał poznać ludziom swoim, gdyż rozumiem, że ci są gorsi od wroga hitlerowskiego. Gdyż wróg nic nie wie, a nasi go informują o wszystkim. Około godziny dziewiątej dnia 1 października 1939 roku stanąłem na górze Węglarce i ogarnąłem wzrokiem dom ojcowski i cały Wiśnicz z okolicą. Schowałem we wrzosach karabin i amunicję, zdjęliśmy z siebie mundury i w samych koszulkach podkradamy się wąwozem pod dom. W domu nie ma nikogo, ale widać, że jest dom zamknięty. Siadamy na progu i czekamy. W Wiśniczu biją wszystkie dzwony. Kolega pyta co to znaczy. Odpowiadam, że chyba pogrzeb. Mówi mi, że ktoś mi zrobił miejsce. Kolega usnął na płaszczu za domem, a ja drzemię na progu. Wreszcie budzi mnie głos – Jędruś! Mamo! – odpowiadam. Matka płacze rzewnie. Ojca nie ma – dowiaduję się, dostał się do niewoli. Matka zaś była na pogrzebie mojego dziadka, gdyż zmarł ze zgryzoty, bo z rodziny to 7 nas było na wojnie. I na samym początku pierwsza taka wiadomość! Więc nareszcie Matka i dom. Wreszcie w domu.

LEKSANDROWA 15 marzec 1940

                         

 


 

5
Oceń (3 głosów)

 

 

Wspomnienia żołnierza KOP cz. VI - opinie i komentarze

kuba18kuba18
0
Idzie żołnierz borem-lasem, przymierając z głodu czasem... Dziękuję za te wspomnienia. (2017-09-20 00:20)

skomentuj ten artykuł