Wspomnienia żołnierza KOP cz. V

/ 4 zdjęć


                Wspomnień st. strz.  Andrzeja Tabora z batalionu KOP „Wilejka” cz. V

                                     Rosja wkroczyła w granice Polski

Stanęliśmy któregoś dnia wreszcie na skrzyżowaniu dróg.  Z południa biegnie dobra droga od Tarnogrodu. My mamy przed sobą wieś Majdan. Wre koło tej wioski zacięty bój. Nasz oddział zajmuje naprędce stanowiska na tej krzyżówce i zaczynamy się okopywać. Ale łopatek nie maja chłopaki. Moja łopatka wędruje i kopią nią przed piersią. W reszcie poszedłem i zabrałem im łopatkę. Kazałem chłopakom iść i po domach pozbierać łopaty i kopać rowy strzeleckie. Na wieczór mamy już porządne rowy strzeleckie i łącznikowe. Strzały się oddaliły. Wiemy, że nasi poszli do przodu i dali Niemcom porządnie w skórę. Robi się ciemno, strzały ucichły, tylko łuny okropnie czerwone znaczą front. I znów południe i wschód tylko.  Na noc schodzimy z okopów do wioski. Już mamy gotować kawę, ale nalot i rwiemy w pola. Reszta nocy przechodzi spokojnie. Rano (16 września) zostajemy w obwodzie. Znów nalot. Pełzamy jak najdalej w pole. Piętnaście bombowców bombarduje wieś siejąc straszne zniszczenie, ale jakoś żaden dom się nie pali. Po godzinie czasu odlatują i wytchnienie. Po południu drugi nalot, jeszcze silniejszy i znów idą falami bombowce i bombardują drogę na skrzyżowaniu i resztę wsi. Widzę z pola jak odrywają się bomby od samolotów.  Jak spadają i zaraz wielki słup czarnego dymu tryska. Jedna bomba rozwala wieżę kościoła. Teraz są ranni i zabici. Na wieży kościoła zginęło dwu ludzi. Wreszcie kończy się nalot. Dowódca zarządza, abyśmy spali w polach na słomie. Noc jednak przeszła spokojnie. Por. Kuziel rano (17 września) znów wytrzasnął dla nas cos do jedzenia. Ale my zabieramy się w drogę. Idziemy na północ. Wioski jak wymarłe. Nigdzie nie widać jednego mieszkańca. Teraz wchodzimy w okolice, gdzie wojna się już toczyła. Mogiły żołnierzy i naszych z polskimi hełmami i Niemców są dość często, a przeważnie koło drogi. Teraz skręcamy na południowy – wschód. Ale kolumny wojsk nie posuwają się szybko. Co kilkaset metrów to stój i padnij. Strzały odzywają się często. Co chwila jakiś polski oddział rusza w las i oczyszcza teren, aby można było maszerować dalej. Niemców jest kilku w jakimś miejscu i ostrzeliwują drogi. Więc nie trudno ich zlikwidować i droga staje się wolna. Nie robią już zamieszania w naszych szeregach.  Tegoż dnia dowiadujemy się, że Rosja wkroczyła w granice Polski oraz, że bardzo szybko posuwa się naprzód. Robi to bardzo przygnębiające wrażenie na całym wojsku. Ludzie siedzą, mało kto chce mówić. W ciągu kilku minut wieść dotarła wszędzie. Żołnierze kładą się na piasku i na rozkazy nie reagują w ogóle. Atmosfera się zrobiła tak przygnębiająca, że jak się mówi siekiera wyrzucona w powietrze to by zawisła, a nie spadła na ziemię. Ale lecą trzy czarne bombowce z południa. Żołnierze nie bardzo reagują na lotnika. Cel doskonały, całe zbite gromady wojska. Jeden już zauważył, wraca i krąży. Pozostałe robią to samo. Ale co to? Zamiast bomb lecą chyba gołębie. Nie to nie ptaki, to ulotki. Teraz samoloty rozlatują się. Jeden po osi naszego marszu leci na wschód. Ulotki spadają, a wojsko chyżo biegnie po nie. Oficerowie krzyczą, żeby nie czytać, lecz oddawać im w ręce. Ja ułowiłem kilkanaście kartek i niosę do por. Kuziela. Drukowane są na lichym papierze, ohydną odstraszającą czarna farbą. Treść mniej więcej taka:

 Żołnierze! Poddajcie wasz nierozsądny opór. Jesteście zdradzeni. Rosja wkroczyła na wasze ziemie. Z wojskiem niemieckim i pod jego opieką wasz naród może tylko żyć.

Treść dwuznaczna. Więc wojsko między sobą politykuje i życie wraca do tych ciał. Mówią, że coś niedobrze między Rosja a Niemcami, że będzie teraz dopiero wojna. Drudzy mówię, że Rosja idzie nam na pomoc. Ale jeden żołnierz z pułku łączności, a oni maja polową radiostację, że Niemcy od dziesięciu dni naciskały Rosję, aby wkroczyła i zagarnęła nasze ziemie i wywiązała się z zobowiązań powziętych w Moskwie 23 sierpnia. Na skutek wypowiedzenia wojny Niemcom przez Francję i Anglię Rosja zwlekała i dopiero serdeczny przyjaciel niemiecki sprawił, że napadła na nas. Ano sprawa się bardzo skomplikowała. Teraz jasno widać, że jest takie zamieszanie w polityce światowej, że trzeba będzie długiego czasu, aby coś można było wnioskować dokładniej….Widać, że wojna potrwa długie lata. Po raz drugi przed samym wieczorem Niemcy rzucają ulotki, ale i rzucają i konserwy i czekoladę. Teraz i głupi by się dorozumiał, że dążą do pozyskania sobie polskiego wojska, a dalej wyraźnie chcą, abyśmy się obrócili i zaczęli bić Rosję. To jest już pewne. Dlatego, że walki już wszędzie ucichły, bo Niemcy nie atakują. Nie bombardują. Starają się zrobić naszymi przyjaciółmi. Czekaja jakie my teraz stanowisko zajmiemy. W nocy nie śpimy wcale, palimy ogniska i gotujemy kawę. Spokój jak makiem zasiał. Lecz, już w nocy dowiaduję się, że walka z wojskami sowieckimi trwa na całym wschodnim froncie. Polska pozostaje nadal w wojnie z Niemcami, wierna sojuszowi z państwami zachodnimi, mimo wszystko. Dowiaduję się także, że  wojska nasze zniosą klin niemiecki wbity pod Tomaszów Lubelski i będziemy szli na Rumunię, do granicy. Czasu niewiele, bo Rosja ma się połączyć z tym klinem niemieckim i przeciąć Polskę, aby utrudnić przepływ naszych wojsk od zachodu . A my musimy  mieć przecież swą armie przy boku sojuszników. Nadchodzi dzień (18 września). Niemcy nie atakują, nie ma nalotów. My idziemy na Józefów. Teraz widać, że idziemy przez pola walki. Dużo mogił świeżych. Naszych i niemieckich. Porozbijane nieliczne wozy i widzę rozbity jeden jaszcz artyleryjski wraz z końmi. Z boku drogi usadowili się Niemcy w lesie, ale nie zaczepiani nie strzelają. Por. Kuziel otrzymuje rozkaz zlikwidowania Niemców. Zbiórka oddziału i odprawa oraz krótkie wyjaśnienie zadania bojowego. Dzieli nas na plutony. Ja zostałem mianowany dowódcą drugiego plutonu i idę z ludźmi na prawe skrzydło. Za nami szykują już cztery działa dla wsparcia nas oraz granatniki. Pada rozkaz: W tyralierę! Rozwijam ludzi i idziemy przez otwarte pole na las. Cisza. Dochodzimy do skraju lasu, też cisza. Ale gdy weszliśmy w las, a ja z kilkoma ludźmi wkroczyłem na obszerna polanę, zastaliśmy ostrzelani z lewej i prawej strony. Niźnik pada z przestrzeloną klatką piersiową, reszta zalega polanę nie widząc nieprzyjaciela. Jestem z ludźmi jak na dłoni. Na lewym skrzydle już por. Kuziel robi porządek. Ode mnie ludzie uciekają w las do por. Kuziela a nas ostatnich z prawego skrzydła praży karabin maszynowy z lasu. Mam tylko pięciu ludzi, jeden w tym ranny, a reszta poszła za dowódca Kuzielem. Tam strzelanina obustronna i głośne Hurra, Hurrrra. Bije nasza artyleria i bija i Niemcy. Jedne pociski lecą z zachodu, a drugie z południa. Grzmot po lesie piekielny. Krzyki milkną, strzały karabinowe też milkną, więc tam już po Niemcach. Teraz ja szukam gdzie nieprzyjaciel. Daję rozkaz skoku poza drzewa, ale zostaje znów dwóch rannych. Bondarowicz ma przestrzelona rękę, a nieznany mi żołnierz  z trzeciej kompani dostał w nogę. Teraz z dwoma ludźmi widzę, że jest gruba sosna przechylona i wsparta między dwoma sosnami na gałęziach. Stamtąd to strzelają Niemcy. Strzelamy do nich. Jeden chciał uciekać, lecz trafiony spadł a drugi trafiony zawisł na drzewie. Teraz artyleria zbliża ogień ku nam. Biegnę ze Słabym pod sosny, lecz nikogo więcej tam nie ma. Ale jest drut od telefonu, więc drut przecinam i Słaby biegnie dalej i ucina spory kawał drutu. Resztę z końca odprowadza w krzaki i cofamy się. Wypatruję por. Kuziela z oddziałem. Przecież powinien wrócić! Przecież wie, że nie mam wszystkich ludzi. Ale nie ma ich. Ranni jęczą i krwawią. Daję rozkaz wycofania się na punkt wyjściowy. Zdejmuję bluzę i bierzemy na niej we dwójkę Niźnika. Słaby prowadzi dwóch pozostałych. Wychodzimy na pole, a tu nasze artylerie walą do nas. Koziołkujemy z rannymi w spore zagłębienie, które wyrwała woda. Jest spory i dość długi wąwozik porosły drzewami. Ale nasi biją po nas jak cholera. Raz po raz zostajemy obrzuceni piachem i darniami z trawą. Nakazuje wycofać się na koniec rowu, kręty i nie porosły drzewami. Wciągam Niźnika i siedzimy każdy z osobna. Pociski rozrywają się w parowie porosłym drzewami. Na nas spadają gałęzie, kamienie i od czasu do czasu odłamek. Więc teraz nakazuje opatrzenie rannych. Okazuje się, że żaden z nich osobistego opatrunku nie ma. Więc rozrywam swój, dzielę na części i tamuję krew. Mam jeszcze swoja zapasową koszulę, więc rwę na kawałki i już są wszyscy pobandażowani. Potrafiłem ja sam wszystkich pobandażować, a artyleria jeszcze ostrzeliwuje. Teraz jak nie dmuchnie w pagórek nad nami to ogłuchliśmy wszyscy i przysypało nas dość dobrze ziemią. Jeden z żołnierzy chciał uciekać. Ja się ocuciłem to był na wierzchu. Więc ściągam go klnę na czym świat stoi, że zdradzi nasza kryjówkę i skończą nas. Słaby i Bondarowicz płaczą. Więc wściekłość mię ogarnia i biorę dwa karabiny, nabijam bagnety. Następnie ładuję jeden nabój. Teraz wiążę rękawami dwie koszule, Niźnika i Bondarowicza, nasadzam je na bagnety. Wyglądają jak nasza narodowa flaga, lecz więcej na nich czerwieni z krwi, jak białego płótna. Pieronem podnosimy je jak najwyżej ze Słabym. Naciskam spust i pada strzał. Koszulę zdmuchnęło z bagnetu, więc nakładam z powrotem i powiewamy tą chorągwią kilka razy. Ostrzał artyleryjski ustał z miejsca. Teraz czekamy rychło tu do nas przyjdą nasi, ale daremne czekanie. Nikt nie wysłał patrolu do nas. My zaś byliśmy tak oszołomieni, że nie wyszliśmy z tego szańca. Potem, gdy otrzepnęliśmy się po tym piekle, baliśmy się wyjść, że znów mogą nas czymś poczęstować. Ja miałem dwie całe konserwy w chlebaku, więc otworzyłem i każdą z osobna podzieliłem na pięć części i posilamy się. Niźnik jest nieprzytomny. Dosiedzieliśmy w tym parowie do ciemnej nocy. Teraz nakazuje marsz. Niesiemy Niźnika we dwójkę, jeden prowadzi tych dwóch rannych. Bondarowicz jest tak słaby z upływu krwi, że omdlewa. Najdalej, jak 350 metrów łączność ściąga druty. Nikt nas nie czepia się i o nic nie pyta. Ja staram się pozbyć rannych, więc pytam o jakiegoś oficera. Nareszcie znajduję porucznika. Melduję mu całą sprawę i proszę aby się zajął rannymi. Dał dwu ludzi i zabrali Niźnika. Ja ze Słabym prowadzę Bondarowicza i sadzam go na jaszcz artyleryjski. Kanonierzy mówią, że maja ciężkie działa i nie wiadomo, czy się z tego lasy wyrwą. Konie ciągną ile sił, a żołnierze pomagają za koła. Ja z dwoma zdrowymi ludźmi przyspieszam i wchodzimy w gęsty las. Wojska naszego do ciężkiej cholery. Siedzą i pala ogniska. Przy jednym ognisku widzę trzech Niemców. Dowiaduję się, że to są jeńcy wzięci przez por. Kuziela. Pytam się o resztę oddziału, ale nikt nie wie gdzie mogą się znajdować, jak również w jakim kierunku poszli. Zdaję sobie sprawę, że jestem za oddziałem o jakieś dwanaście godzin w tyle, więc trudno będzie mi do nich dołączyć. Prosimy żołnierzy o trochę kawy, ale nie chcą nam dać, gdyż tu w ogóle nie ma wody. Pragnienie pali wnętrzności i usta niemiłosiernie. Idziemy dalej i spotykamy na leśnej drodze kałużę przez która jadą wozy i działa. Wygrzebuję więc dołek powyżej przejazdu i czekamy kiedy trochę wody nadejdzie. Zaczyna nas morzyć sen, lecz pilnujemy wody. Wreszcie próbuję nabrać manierkę, ale bez skutku, więc każdy z nas pije po troszku , a muł trzeszczy w zębach. Zasypiamy tak przy tym piciu i rano budzimy się bardzo wcześnie. Zimno mnie trzęsie niesamowicie, bo jestem bez bluzy, tylko w płaszczu. Ukradłem więc z jaszcza starą drelichowa bluzę a płaszcz zwinąłem i na ranię. Dział artyleryjskich jest tu co niemiara teraz. Maja i kuchnie polową. Prosimy o jedzenie, więc oficer pyta się nas z jakiego oddziału jesteśmy i co z naszym zaopatrzeniem i gdzie oddział. Odpowiadam z duma, że od granicy czeskiej ta chyba wystarczy jak jest nas trzech. On zaś mówi, że my musieliśmy najdzielniej walczyć, jak cało tu się znaleźliśmy. Mówię mu, że nas to ani jego artyleria nie wykatrupi, bo wczoraj cały dzień do nas biliście i nas trzech zdrowych i trzech rannych wyszło z tego piekła. Żąda teraz wyjaśnień. Więc we trójkę na wyścigi opowiadamy. Uśmiał się rześko i kazał nam dać kawy, chleba po pół bochenka i boczku wędzonego. Pojedliśmy zdrowo. Potem on nas chciał przy sobie zostawić, ale ja uparłem się szukać swojego oddziału. Więc pożegnaliśmy się serdecznie, a na odchodne pyta się mnie, czy nie mam już dość wojny. Zbyłem go żartem i pomaszerowaliśmy dalej.  Po drodze znajdujemy jeszcze czterech kopistów z pierwszego i trzeciego pułku. I tak jest nas już sześciu. Z lasu wyszliśmy na jakieś porzucone liche domki. Wchodzimy do domów. Nikogo z cywilów w wiosce nie ma, więc szukamy, żeby coś lepszego zjeść lub mleka się napić. Znajdujemy tylko suszone gruszki, więc nabieramy do chlebaków, siadamy na trawie i jemy. Potem sen nas bierze i śpimy spokojnie, a ciepło od słońca i przyjemnie. Przed wieczorem budzę się i biorę resztę bractwa. Maszerujemy dalej na wschód. Uszliśmy kilkanaście kilometrów i układamy się na słomie do snu. Trzeba odpocząć, bo nogi mają dość marszu. Budzimy się rano (20 września). Słońce już weszło. Szukamy wody do mycia i znajdujemy trochę w studni. Więc naprzód napiliśmy się do syta, potem nabraliśmy pełne manierki, a dopiero resztę wody użyliśmy do mycia się. W domach nie ma nikogo. Do zjedzenia też nie ma nic, więc o suchym chlebie idziemy dalej razem z gromadami wojska. Któryś z moich żołnierzy ukradł kawał słoniny solonej, więc dzieli na siedem części i zjadamy z resztą chleba, popijając wodą. Po południu jesteśmy parę kilometrów za Tomaszowem. Teraz wchodzimy na dobrą drogę, ale tu wojska i wozów już taka mac, że nie mogę sobie wyobrazić skąd się tego tyle mogło nabrać. Robi się jakieś zamieszanie, a potem srogi zamęt. Ja z kolegami posuwam się jednak dalej do przodu. Jest teraz skrzyżowanie dróg z północy na południe i ze wschodu na zachód. Kotłowanina niesamowita. Wozy i wojsko jak okiem sięgnąć, po łąkach, po polach, jedne na drugich. Od wschodu pędzą samochody i furmanki w piekielnym pośpiechu. Idzie i wojsko utrudzone, zgrzane, spocone rowami i polem. Z Północy też płyną oddziały wojska i pojazdy najróżniejszego typu. Rozchodzi się wieść, że Rosja już niedaleko, że strzelają, że niedobrze. Widzę, że tworzy się kocioł i brak tylko lotnictwa nieprzyjacielskiego a byłyby jatki jakich świat nie widział. Ale żadnego samolotu nigdzie nie widać na szczęście. Ja odszedłem z ludźmi na ubocze i zastanawiamy się co dalej robić. Uzgodniliśmy, że przeczekamy tu, aż się coś wyjaśni. Posnęliśmy zadowoleni. Lecz wieczór budzi nas ciężki łoskot. Zrywamy się przerażeni i zaraz widzimy błysk oślepiający i straszny huk. Na wschodzie widać daleko, daleko słabe, czerwone błyśnięcia na horyzoncie. Potem długa cisza, wreszcie poświst pocisku i straszna eksplozja. Robi się piekło. Oficerowie nie panują nad sytuacją. Wszędzie kwik koni, nieludzkie wrzaski i krzyki. Dowiaduję się, że rosyjska artyleria dalekosiężna ostrzeliwuje krzyżówkę. Te wrzaski, ten tumult  i panicznym lękiem opanowani ludzie i konie robią potworne i niesamowite wrażenie w moim umyśle. Nie dużo brakuje do pomieszania zmysłów. Biorę ludzi i pędzimy na oślep z powrotem na Niemców. Do tych przed którymi rwałem taki kawał świata i tyle dni. Z powrotem ile sił w nogach. Rwiemy potwornym pędem. Po godzinie jesteśmy zziajani. Suchej nitki nie ma na nas. Wchodzimy na polna dróżkę, a tu pchają motocykl z przyczepą troje ludzi. Podchodzimy do nich: rozpoznaję: starszy sierżant przy kierownicy, major i jeden cywil. Biorą nas do pomocy, bo motor nie może się zmieścić w wąwoziku ciasnym i trzeba pchać. Przy okazji nawiązuję rozmowę do sytuacji jaka się wytworzyła. Najrozmowniejszy jest cywil. Opowiada, że jada z rozkazami, aby pospiesznie zepchnąć Niemców od Tomaszowa i oczyścić teren, następnie całe wojsko musi pospiesznym marszem uchodzić na Bełżec. Następnie trzeba przeć przez Lwów, ale nie wiadomo czy Żółkiew wolna będzie. Jeżeli nie, to trzeba się przebijać. Jedyne wyjście to przejść granicę do Rumuni. Pytam, czy Rosja już nie zajęła tamtych terenów, odpowiada, że nie tylko przepoławia kraj do Tomaszowa, a następnie będzie się dalej posuwać. Mówi, że przy granicy rumuńskiej i koło Lwowa jest dużo naszego wojska, więc draki nie będą ryzykować. Pytam następnie, czy nie można, by z Rosja na Niemców uderzyć. Więc tłumaczy, że to jest nie możliwe, gdyż jesteśmy napadnięci przez Rosję i trwa wojna. Nasz rząd po opuszczeniu Brześcia wysłał parlamentariuszy i nic z tego nie wyszło, ani parlamentariusze nie wrócili. Mówi, że można było wcześniej poczynić pewne ustępstwa w granicach na wschodzie, a odebrać Prusy Wschodnie i Śląsk. Ale Rosja prowadzi do podporządkowania sobie całego świata i tylko zostałby naród wykrwawiony do ostatka, a Rosja i tak położyłaby rękę na nas. Nie bój się mówi mi, każdy chce kasztany z ognia cudzymi rękoma wyciągnąć. Opowiadam mu o ulotkach i że Niemcy się teraz życzliwiej do wojska teraz ustosunkowują. Opowiada mi, że to jest bardziej chytry lis i oczywiście teraz moglibyśmy się z Niemcami dogadać, ale my pozostaniemy wierni sojuszowi z Anglią i Zachodem. Niemcy myślą o wojnie z Rosją, gdyż Hitler opowiada, to w swoich dziełach powiedział, że Rosję rozbiję. On wie, że się obaj nie pogodzą. Na drodze do podboju świata rozgrywka miedzy nimi nie unikniona.  Więc teraz gdybyśmy się odwrócili przeciw Rosji, to Niemcom w to graj. Ale rezultat byłby taki, że nastąpiłyby komplikacje z naszymi sojusznikami. A mijając to nawet, Niemcy też by starali się wykrwawić nas do końca. A efekt taki, że zabraliby nam zachodnią Polskę, a dali ochłap z północnej części Rosji, więc dla dobra nawet samego narodu taki obród sprawy byłby nie możliwy. Pozostaje wiernie trzymać się raz obranej polityki Rządu, chociaż sprawa będzie bardzo ciężka, a zwycięstwo przyjdzie za dziesiątki lat. Zamyśliłem się bardzo i już mi nie w smak żadna rozmowa. Myślę już o Rumuni, Anglii, ale nie mogę sobie w mózgu wyobrazić końca wojny i jak my będziemy wyglądać wtedy, jak Państwo. Ale motor jest już na dobrej drodze. Ja zostaje z żołnierzami, a oni jadą jak diabli. Około godziny trzeciej nad ranem (21 września) jesteśmy za Tomaszowem. Tomaszów został po lewej ręce. Teraz już słychać artylerię i trajkotanie karabinów maszynowych. Za jakąś godzinę czasu jesteśmy już w pierwszej linii bojowej. Księżyc świeci, więc dobrze widać wszystko. Idą całe kolumny wojska w zbitej gromadzie. W przedzie Niemcy ostrzeliwują się i cofają. Widać, że niewielka siła. Artyleria niemiecka bije od czasu do czasu po lesie wzdłuż lewej strony drogi. Nikt nie patrzy za rannymi i nikt nie niesie pomocy. W taki to sposób cała ława wojsko prze naprzód. Chwilami postój krótki, bo Niemcy uciekają i następuje dłuższa strzelanina. Ale jest i ostrzał a karabinu maszynowego z prawej strony. Jest otwarte pole po skoszonej kreczce, a w kapkach a w kopkach niewielkich sama kreczka. W którejś kopce siedzą Niemcy i biją. Mimo to nasze wojsko prze naprzód. Mnie wściekłość wzięła, na taki stan rzeczy i myślę, jak to jest, że na tyle wojska nikt nie idzie zlikwidować Niemców. Przecież to jest najłatwiejsza rzecz na świecie. Pytam, czy kto ma granaty ręczne. Dają mi zaraz cztery sztuki. Teraz czołgam się i wypatruje skąd Niemiec strzela. Ale widocznie tłumik, bo ognia nie widać. Wreszcie CKM odzywa się z boku, z lewej strony. Czołgam się bliżej i już widzę cienie na ziemi za kupą kreczki. Strzelają przez kopę w szczelinę, więc trudno ich wypatrzyć. Cofam się teraz na jakieś trzydzieści metrów od nich, odbezpieczam i rzucam granat stojąc. Podam na kopę, za chwilę łoskot i już nie strzelają. Wracam pędem na drogę. Z moich żołnierzy jest tylko dwóch, reszta zginęła mi w tłumie. Teraz marsz odbywa się szybko naprzód. Od przodu słabo od czasu do czasu strzela Niemiec. Po jakimś czasie i ta strzelanina ustaje. Wojsko maszeruje bez przeszkód. Szarówka się robi na dworze i wnet będzie widać. Przechodzimy teraz drogą przez las gruby. Droga szeroka, piaszczysta. Co kilka metrów samochody niemieckie postrzelane oraz nietknięte pociskami, stoi też parę czołgów. Jeden spalony, reszta poszarpana. Leżą i trupy Niemców zastygłe, niepogrzebane. Musiała tu być zaciekła walka. Oficer wydaje rozkaz, jeżeli kto ma jakąś butelkę to brać benzynę z baków, gdyż przyda się na czołgi. Jeżeli będą czołgi to jeden żołnierz butelką wali a drugi granatem. Sporo żołnierzy bierze benzynę, gdyż zamiast manierek maja butelki. Około godziny dziesiątej wchodzimy na dobrą szosę. Są drogowskazy nawet. Dobra droga prowadzi na Bełżec, tablica głosi 10 km. Droga polna licha prowadzi na Rudę Różańską i tablica mówi, że jest 15 km. Ale jest most zerwany. Teraz zatrzymuje się porucznik i głosi. Kto na ochotnika! Potrzeba siedmiu ludzi. Więc głoszę się pierwszy, potem są i następni. Rozpytuję o przynależność pułkową i stopień. Otrzymuję rozkaz pójść z żołnierzami do najbliższej wioski i stwierdzić, czy Niemcy są, czy ich nie ma, oraz starać się nie dopuścić, aby Niemcy posuwali się w kierunku tej szosy. Mamy zostać do wieczora i wieczorem wycofać się i dążyć drogą na Żółkiew, za oddziałami naszymi. Zatrzymuję żołnierzy prowadzących po dwa konie i dostajemy siedem ciężkich koni. Pyta, czy umiemy dosiadać koni. Ależ oczywiście, wszyscy już jeździli. Wsiadamy, ja skaczę na konia z lewej nogi, więc wywołuje to śmiechy i przycinki. Ja jestem w siódmym niebie, że nie będę musiał iść dalej piechotą. Mam już konia, więc radość we mnie aż kipi. Podają mi jeszcze dwa granaty i jeszcze dwóch moich kopistów dostają granaty i pada rozkaz: odmaszerować. Wysuwam więc dwóch żołnierzy jako szpica, za nimi 50 metrów łącznik i nas reszty czterech o 100 metrów w tyle. Posuwamy się naprzód ale bardzo ostrożnie. Napotykamy znów na drodze w piachu poopuszczane samochody niemieckie. Stoi siedem sztuk. Podjeżdżam sam, aby znaleźć coś do jedzenia. Niestety, wozy są całkowicie próżne. Teraz zbaczamy na prawo od drogi jedziemy lasem. Przyjeżdżamy na skraj lasu. Dalej jest otwarte półkoliste pole między lasami. Jakieś dwieście metrów przed nami są niewielkie drzewa. Pewno sad a dalej domy. Do domów pierwszych będzie chyba lepiej jak półtora kilometra. Teraz widzę, jak przed wioską kawałek w polach uwija się jakieś wojsko, ale nie widać u nich broni. Nie mam lornetki, ale wyraźnie chyba widzę, że to są mundury polskiego wojska a nie niemieckie. Kręcimy się teraz skrajem lasu, aby znaleźć najdogodniejsze miejsce przejazdu do kępy drzew. Od tych drzew płynie strumień i jest porośnięty brzegami olszyną. Decyduję, że ja z dwoma żołnierzami pojadę i zatrzymam się w tych drzewach, a reszta zostanie w lesie. Odbezpieczamy po jednym granacie i kłusem puszczamy się na otwarte pole. Ale zaraz rozlegają się strzały, a mój koń już stoi dęba, więc rzucam granat przed siebie ile mogę, nie mając oczywiście możliwości rzutu i walę się z koniem na ziemię. Zesunąłem się, aby mnie koń nie zmiażdżył, lecz palnął mnie kolanem i padłem z boku. Chciałem się podnieść i poprawić hełm, bo mi się zsunął na oczy, lecz ogłuszający huk granatu, który wybuchł niedaleko i okropny wstrząs głową i pozostałem bez przytomności. Oprzytomniałem w gromadzie naszego wojska. Jeden z towarzyszących mi żołnierzy został ranny w nogę, a drugiego koń solidnie pogniótł. Otrzeźwiałem natychmiast, gdy zobaczyłem Niemców. Lecz czułem się bardzo źle, ponieważ głowę miałem jak młyński kamień i stale słabo mi się robiło. Pytałem zaraz o żołnierzy, więc obaj leżeli koło mnie i opowiadali dużo, ale niewiele zrozumiałem. Wbiło mi się tylko w świadomość, że obaj żyją. Nocą nas załadowali na samochód. Widziałem dużo samochodów, jak ładowali na nich naszych rannych żołnierzy. Potem pamiętam, jak obudziłem się w jakimś budynku, na swoim płaszczy leżałem i miałem solidnie głowę zabandażowaną. Czułem się znośnie. Potem podano mi picie i nakarmiono mnie kleikiem z mąki. ( Dwa dni luka w pamięci) Widok Niemców i świadomość, że jestem już niewolnym człowiekiem doprowadziły mnie do stanu niezwykłego podniecenia nerwowego. Poczułem w sobie chorobę, dziwną nerwicę pochodząca od mózgu, A która mnie już miała odtąd stale trapić. Zdawało mi się, że umrę, więc zerwałem się prędko na nogi i zacząłem nerwowo chodzić. Całą siłą woli i strachem sił starałem się utrzymać na nogach. Wyszedłem na podwórze. Rozglądałem się i wróciłem po płaszcz. Potem niezatrzymany przez nikogo wyszedłem między domy i na ulicę. Dalej już dość dobrze mi się szło i wyrwałem się poza miasteczko i w pola na wioski. Dążyłem w kierunku domu na zachód.

Część VI wkrótce.

 


 

5
Oceń (4 głosów)

 

 

Wspomnienia żołnierza KOP cz. V - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł