Wspomnienia żołnierza batalionu KOP cz. IV

/ 5 komentarzy / 2 zdjęć


Wspomnień st. strzelca Andrzeja Tabora z batalionu KOP „Wilejka” cz. IV

                                             "Ostatni nabój wystrzelony"
Chłód przywraca mi przytomność. Liczę amunicję, mam jeszcze pięć sztuk, czyli dwa naboje zgubiłem gdzieś. Teraz już widać dość dobrze. Z lewej strony widzę dwie postacie. To żołnierze nasi, więc krzyczę i przyzywam ich ręką do siebie. Zaczynają iść z ukosa na rzekę. Słychać teraz już przed nami ujadanie karabinu maszynowego. Rozróżniam że to Niemcy strzelają. Teraz łączę się z dwoma żołnierzami, są z naszego batalionu z drugiej kompanii. Siadamy i dzielimy się swoimi wiadomościami. Mówią że druga i trzecia kompanie poniosły niewielkie straty. Pytam się gdzie reszta ludzi, a oni mówią że pogubili się całkowicie. Przeważnie pozostali po drodze spać gdzie kto upadł. Zastanawiamy się jak iść dalej, gdyż z przodu stale słychać terkot LKM-ów. Z lewej strony widać dokładnie, jak drogą oddaloną od nas o jakieś dwa kilometry lub więcej idzie pospiesznie nasze wojsko, oraz jadą wozy. Nie dołączamy do nich dlatego że znów możemy się dostać w jakąś awanturę a mamy już dość, dość ponad granice ludzkiej wytrzymałości. Najbezpieczniej jest koło rzeki, gdyż w zaroślach łatwo się schować. Dochodzimy do Dunajca i idziemy z biegiem rzeki. Strzały się stale przybliżają w miarę jak drogi ubywa. I tak zbliżamy się do drogi którą posuwają się nasze oddziały. Widzimy, że stają. Niektórzy zawracają. Jakiś popłoch i zamieszanie Wnioskuję łatwo że tam musi być most, ale jest chyba pod ostrzałem Niemców. Naradzamy się w trójkę co robić. Ja mówię, że niewielu Niemców tam się znajduje, gdyż słychać jakby dwa karabiny maszynowe. Uzgadniamy, że dalsze błądzenie nie da nic dobrego i trzeba się przedostać za Dunajec. Zrobić to możemy jedynie razem z wojskiem. Zastanawiamy się dlaczego nasi nie załatwią tych drani Niemców żeby mieć wolną drogę. Ale rozwiązanie przychodzi samo, bowiem cięgnie w naszą stronę dwóch żołnierzy naszych i mówią nam: uciekajcie, bo tu zaraz są dwa karabiny maszynowe niemieckie i biją na bród na Dunajcu, którym przedostają się nasze furmanki i piechota. Są i działa nasze, cała ta strona wojskiem zatłoczona ale nie mogą przedostać się pod ogniem. Straszne się mi to wszystko wydało. Więc ich biorę pod moje rozkazy. Ładujemy broń i idziemy ostrożnie naprzód. Strzały są coraz bliższe, wreszcie z jakichś siedemdziesięciu metrów widzimy dwóch Niemców strzelających na stojąco . Jeden obserwuje przez lornetkę a czterech siedzi sobie. Celujemy również mając karabiny wsparte na wiklince. Ja biorę tego z lornetką na rusznice. Dwóch bierze strzelających z karabinów maszynowych a następni dwóch z siedzących. Salwa i po wszystkim. Dwóch z pozostałych Niemców ucieka, strzelamy za nimi ale giną nam wśród wiklin. Nie podchodzę tam gdyż nie chcę widzieć. Pędzimy do naszych. Wtedy jakiś sierżant podchodzi do nas i mówi: to wyście dranie do nas strzelali? Oniemiałem po prostu, nie mogę słowa wypowiedzieć.  Któryś tam tłumaczy ale nie słyszę gdyż mi się ciemno przed oczami robi. Za chwilę pędzą tam dwaj żołnierze i przynoszą dwa LKM-y i lornetkę. Jesteśmy więc wolni. Dostaję się na furmankę za to i jedziemy brodem na drugą stronę Dunajca. Dostaję jeść i pić czarnej kawy. Zaraz też zasypiam. Budzi mnie żołnierz powożący końmi i mówi: nie śpij bo może być gorąco, już w Żabnie się biją a nie wiadomo co przed nami. Przecieram oczy ale i tak mało widzę, gdyż jestem zapuchnięty. Słyszę doskonale kanonadę a gdy mijamy lasek, widać jak Żabno się pali. Bój tam zaciekły. Więc wozy i działa przyspieszają. Niedaleko Dąbrowy Tarnowskiej, jest mały stary domek przy samej drodze. Jakiś mężczyzna nas zatrzymuje i podaje mleko do picia oraz całe wiadro wody z sokiem a sam znika. Zatrzymał się jeden wóz, więc zatrzymują się dalsze. Żołnierze pija i zapalają papierosa. A tu konie dęba staja a potem słychać terkot LKM-ów. Kto może podcina konie i w nogi, uciekają a z pola ostrzału tylko kurz po nich zostaje.  Ja schowałem się za wielki dąb i siedzę skulony. Idą w ruch granaty z obu stron. Widzę wyskakujący dymek wśród zarośli więc bije tam z rusznicy, jeden i drugi raz. Mam jeszcze jeden nabój więc celuję dobrze w drugi LKM i już więcej nie strzela z rusznicy. Ostatni nabój wystrzelony. Z pasją rzucam rusznicę na przejeżdżający wóz. Biorę karabin od rannego żołnierza, który jechał jaszczem artyleryjskim, odpinam mu ładownice. Są pełne naboi. Ruszam i ja z tego nowego piekła do przodu, gdyż poszło w las z pół kompanii wojska aby wykończyć jeżeli tam zostało jeszcze coś z Niemców.  Droga już wolna. Ludzie robią porządek, odprzęgają padłe konie a dopinają nowe i znów w drogę. Słońce chyli się ku zachodowi. Ja już nie potrafię dalej iść więc odbijam w las i na kupie gałęzi zasypiam. Budzę się rano (8 września) już świt. Na oczy nie widzę więc przemywam je rosą i zbieram się raźno w drogę na północ. Wychodzę na polną drogę którą ciągnie wojsko na wschód. Dochodzimy do Mędrzechowa. Tutaj żołnierze i armaty. Lufy poziomo. Wspaniały widok i podnosi na duchu. Zaraz jakiś oficer bierze mnie na bok i pyta skąd jestem, jaka formacja i dlaczego idę sam. Odpowiadam mu, że on chyba nie był na granicy i stamtąd nie maszeruje, więc nie ma zielonego pojęcia o piekle jakie przeszliśmy. A że idę sam to chyba świadczyć może o mojej postawie żołnierskiej i duchu. Głupie wymysły! Rzucam mu w twarz obelgę. Papiery spalone w Przyborowie, w pierwszy dzień wojny. Jednak źle jest ze mną. Więc rozpinam bluzę i pokazuje mu dowód, moją blaszkę ewidencyjną PW 141. Pyta jeszcze o dowódców, więc odpowiadam kolejno od góry. Puszcza mnie wreszcie. Oddziały kierują się na Szczucin. Natrafiłem na wozy z rannymi. Jest ich nie przebrana moc. A widok powodujący torsje. Ale masakra, a przecież rannych wiele się pozostawia, a zabici. Drogo ta wojna kosztuje, a czy się liczą ci co u władzy z istnieniem ludzkim? Czy wolno tak masakrować naród i za co? Następnie, czy ci co będą mieć władzę u nas ocenia to poświęcenie narodu? My giniemy, żeby nami miał kto rządzić. Czym nam zapłacą za ten wysiłek? Czy pieniędzmi? Tego z nas żaden na pewno nie chce. A czy dadzą kiedyś dobre słowo temu sponiewieranemu żołnierzowi. Czy otrzyma każdy z nas należne poszanowanie, tylko jakie się należy człowiekowi od człowieka? Mijam Szczucin. To miasto nie jest prawie w ogóle jeszcze zniszczone. Potem dostaje jakiegoś zamętu w głowie i przewracam się. Mam jeszcze świadomość. Pytają mnie skąd jestem, skąd idę i z jakiego oddziału. Pchają mi jedzenie do ust i dostaje troszku wódki. Następnie zostaje załadowany na samochód i zasypiam twardo. Budzę się rano (9 września). Koło mnie niewiasty. Siadam na słomie i rozglądam się wokoło. Widzę grupkę ludzi z majorem, którzy regulują ruch na skrzyżowaniu dróg. Podchodzi do mnie ładna panienka i mówi, żebym się napił, równocześnie podaje mi żołnierska pełną manierkę. Piję i pytam czy mam rynsztunek i broń. Wskazuje mi wszystko, leży koło mnie na ziemi. Pas cały z amunicją, łopatkę z bagnetem, chlebak próżny, manierka, menażka, maska i karabin. Podaję mi pełna menażkę dobrej zupy z mięsem. Zjadam i proszę o drugą. Mówi, że dostane, ale później. Więc wstaję. Woła mnie major i wypytuje wszystko. Podaje mi rękę i mówi, że słyszał o nas wiele pochlebnych rzeczy. Następnie objaśnia, że mam iść na Ułanów, a za tym miasteczkiem dwadzieścia kilometrów jest punkt zborny naszego batalionu oraz nasze zaopatrzenie i dowódcy. Każe odpocząć, najeść się i potem w drogę. Ucieszyłem się niezmiernie, że jednak zobaczę swoich kolegów, z którymi byłem jak z braćmi. Jeżeli dowódcy są to znaczy, że por. Kuziel ocalał z tego pogromu. Ale natrętna myśl nie daje mi spokoju, a mianowicie ilu ich tam może być. Rozglądam się dookoła. Z lewej strony jest most, nieco dalej za nami stanowiska artylerii przeciwlotniczej. Potężny stary dąb jest poważnie porysowany odłamkami bomb, gdyż most był już bombardowany, ale niecelnie i bomby spadały przed mostem. W szosie widać trzy głębokie leje po dużych bombach. Wołają mnie jeszcze dwaj porucznicy. Dochodzę i pytają mnie, gdzie ostatnio byli Niemcy. Odpowiadam, że w Mędrzechowie, wszystko wskazywało na to, że ich dobrze przywitają, gdyż artyleria czekała na nich z lufami w położeniu poziomym. Teraz ja pytam dlaczego nie są przygotowane na tej drodze dobre okopy, potrójne lub poczwórne, a w nich łatwiej się bronić. Mówią mi, że nieprzyjaciel prze w kierunku Tomaszowa Lubelskiego i tam na piachach rozegra się rozstrzygająca bitwa. Mnie się to nie wydaje słuszne rozumowanie, odpowiadam. Dlaczego? – pytają. Dlatego, że nieprzyjaciel wdarł się od Mszany Dolnej na Limanową, poszedł na Jurków, Tarnów, gdzie żadnego oporu nie było i rozlewa się słabymi siłami i na pewno do większej bitwy w tym rejonie nie będzie dążył. To nie w rejonie Tomaszowa. Raczej będzie się starał utrzymać teren. Ma tez dobrych dowódców, którzy rozumieją, że ciężki piaszczysty teren nie jest dla jednostek zmotoryzowanych. Raczej będzie przecinał kraj wzdłuż Sanu do Bugu z południa i chyba prawym brzegiem. Aktywność lotnictwa zdradza te zamiary. Jakie macie wykształcenie? – pytają – Siedem klas podstawówki – bez namysłu odpowiadam. – O ile byście mieli ukończoną akademię wojskową, toby wasze wywody coś znaczyły. Nie wiem jakie w ogóle były dalsze losy tej miejscowości, gdyż brak jest i dzisiaj nawet dokładnych dziejów walk z kampanii wrześniowej w chwili, gdy pamiętniki przepisuję, ale kierunek Lublin chyba nie mógł być pominięty przez dowództwo Niemieckie działające z kierunku Tarnów - Dębica. W tej chwili przyszło mi na myśl takie spostrzeżenie, a mianowicie, że broni jest dość, a cywile giną pod bombami i od karabinów maszynowych, a nie organizuje się z nich w ogóle nowych jednostek, ani nie uzupełnia się oddziałów wykrwawionych i porozbijanych. Na tyłach działa wszystko dość sprawnie. Czyżby sprawa z góry już była przesądzona? Zaczyna mi się to wszystko nie podobać i w serce wkrada mi się zwątpienie i gorycz. Melduje w tej chwili majorowi swój odmarsz do batalionu. Na pożegnanie życzy przetrwania i pomyślnych bojów, oraz przypomina abym wziął sobie posiłek.  Od miłych i grzecznych panienek dostałem jeszcze zupę. Lęk przed głodem, który wkradł się w mój mózg, nakazał mi brać zupę w menażkę na drogę, ale wstyd mi się zrobiło przed tymi panienkami i poprosiłem o chleb. Dostałem całe pół bochenka i pomaszerowałem na Ułanów. Za jakąś godzinę czasu widziałem słabo czarnych bombardierów krążących i bijących bombami ten most. Żal mi się zrobiło tych dziewcząt, a na pewno ich życia w tej chwili w wielkim niebezpieczeństwie. Ułanów był zbity bombami do ostateczności. Z całego miasteczka sterczały części murów niczym tablice na żydowskim cmentarzu. Idę teraz z gromadami wojska. Dowiaduję się, że będą zatrzymywać trzon uderzenia Niemców  w kierunku Biłgorad – Tomaszów. Ponieważ zbliżał się wieczór, więc znalazłem sobie nocleg w stodole z dala od drogi i spałem do rana. Rano (10 września) chciałem się umyć, ale w żadnej studni wody nie było, nawet do napicia. Więc pozbierałem oporządzenie i udałem się w dalszą drogę. Minołem Hucisko, też śladu wody nie było. Idą całe gromady wojska marszem pośpiesznym i stale wymijają mnie. Ja już czuję jakiś zamęt w głowie, a przed oczami migają mi jakieś plamy. Zjadłem chleb, ale sam, ani popić czym nie ma. Doszedłem do jakiegoś kościoła i poszedłem na plebanię szukać coś do zjedzenia. Ale tu już wszystko przeczesali przede mną inni. Nikogo z domowników, tylko wojsko siedzi, leży i śpi. Na podwórku kręciły się jeszcze indyki. Zacząłem gonić jednego, ale nie mogłem go dopaść. Więc palnąłem z karabinu i indyk gotowy. Ale z drogi od maszerującego wojska przybiegł sierżant. Kto strzelał? – pyta. Więc odpowiedziałem, ze ja i do indyka. Więc przystawił się do mnie, rzetelnie sztorcować mnie począł. Powiedziałem mu, że idę od samej granicy i kawałek mięsa mógłbym zjeść! On powiedział: a gdyby tak oddział dał ognia na plebanię to co by było. Więc mówię mu, że to nie ćwiczenia, a ja już strzałów mam po same uszy. A jak trupy nie lecą to rzecz najważniejsza i za broń bym nie chwytał. Na tym się skończyła przygoda. Musiał chyba jeszcze bitwy nie oglądać. Indyka obłupiłem, drąc skórę razem z pierzem. Ale ugotować nie pozwolili bojąc się lotnika. Więc zjadłem wątrobę na surowo z chlebem, odciąłem obie nogi  z tym, że będę gotować wieczór, a resztę zabrali żołnierze inni. Posuwam się dalej z wojskiem, ale na końcu wioski jakieś dziwne uczucie mnie opanowało. Więc idę i rozglądam się. Naraz patrzę a tu przy stodole dworskiej jakieś znajome postacie. Przystanąłem i patrzę. Oczom nie wierzę. Jest por. Kuziel, już mnie ręka przyzywa i woła. Są i koledzy. Radość ogólna. Ale por. Kuziel zauważył brak rusznicy, więc ostro żąda wyjaśnień. Opowiadam cała historie i zapewniam, że w ręce wroga się nie dostała i jest gdzieś w tym obrębie. Jestem pewien, że głowa mogę ręczyć. Patrzymy znów obaj chwilę na siebie, ale wreszcie por. Kuziel westchnął i mówi, że amunicji teraz jest dość. Wypytuje mnie jak wyrwałem z Radłowa oraz o losy reszty batalionu. Następnie pyta, czy można się jeszcze spodziewać, że dojdzie więcej ludzi. Odpowiadam, że słyszałem od żołnierza z drugiej kompanii, że ludzie posnęli po lesie i chyba ich rano Niemcy połapali, lub może doszli do Dunajca i błąkają się gdzieś. Ale ja jechałem ze Szczucina samochodem, więc z nimi będzie gorsza sprawa. Następnie dowódca robi zbiórkę i liczy żołnierzy. Potem idziemy odpoczywać, a ponieważ wieczór będzie wnet, więc zostajemy na noc.  Jest nas razem wszystkich z całego batalionu czterdziestu sześciu. Z kompanii szkolnej jest nas szesnastu. Wspominamy więc wszystkich, ale nikt z nas nie jest pewien kto poległ, a kto jeszcze żyje. Ognia rozpalać nie wolno, więc nogi z indyka jemy na surowo. Nie mamy w ogóle zaopatrzenia…Ale jada wozy więc plądrujemy na siłę wóz za wozem. Na jednym wozie jadącym za kuchnią są konserwy, więc każdy bierze ile tylko może. Jedna zjadłem a dwie zostawiłem jako żelazną porcję. Któryś przyniósł wiadro wody, więc popiliśmy do syta. Potem spać. Rano dostajemy po pół bochenka chleba i po 25 deka kawy w kostkach. Rozpuszczamy w wodzie na zimno i popijamy chleb. Koło ósmej zbiórka i odmarsz. Teraz wreszcie nie trzeba wiać. Idziemy pomału. Ale widać, że por. Kuziel ma jakieś wskazówki, gdyż jeden dzień idziemy na południe, potem na północ a następnego dnia na wschód.

Część V wkrótce.

Dla mniej wtajemniczonych. Na zdjęciu jest pokazana amunicja do kb wz. 35 Ur.

 


 

5
Oceń (5 głosów)

 

 

Wspomnienia żołnierza batalionu KOP cz. IV - opinie i komentarze

zylkoszylkos
+2
,, Liczę amunicję, mam jeszcze pięć sztuk, czyli dwa naboje zgubiłem gdzieś''.-,,żołnierzu wiecie ile nabój kosztuje?!!!-rzecze dca kompanii na strzelnicy w Olsztynie w 1998 roku,hehheehhe... (2017-02-05 23:47) (2017-02-05 23:57)
ArturSzArturSz
+2
Właśnie staram sobie przypomnieć ile znamy tak obszernych i miejscami "pozwalających poczuć chwilę" wspomnień wrześniowych napisanych nie przez oficerów czy podchorążych, lecz szeregowych żołnierzy... Absolutna rewelacja! (2017-02-07 22:30)
ArturSzArturSz
+2
We wrześniu' 17 robię Galerię Postaci poświęconą st.strz. Andrzejowi Taborowi. Postanowione :-) (2017-02-10 18:32)
Maly RomanMaly Roman
+1
Przyjadę i zobaczę. Postanowione. P.S. Oczywiście jak zaprosisz :) (2017-02-10 20:41)
ArturSzArturSz
+1
Pozujący jeszcze nie wytypowany.... 1. Praca w plenerze - sesja zdjęciowa 2. Artykuł historyczno-munduroznawczy 3. Publikacja. Zapraszam! (2017-02-11 15:04)

skomentuj ten artykuł