Wspomnienia żołnierza KOP cz. II

/ 7 komentarzy / 2 zdjęć


Część II wspomnień st. szer. Andrzeja Tabora z II batalionu KOP "Wilejka"

                                       " la Boga, nie odchodźcie, nie zostawiajcie nas!"

"Pod koniec czerwca odbyły się duże manewry. Nasz drugi pułk strzelców górskich pozorował natarcie, drogą z Czech od Babiej Góry na Zawoję i Jordanów. Pierwszy pułk prowadził obronę. Nazjeżdżała się cała moc pułkowników i generałów. Widać ich było stale obserwujących ruchy obu pułków i stale przejeżdżających samochodami tam i z powrotem. Ulewa trwała przez cały czas manewrów niesamowita. Opary mgły wisiały i przeciągały pasmami nad całym terenem, wiec operacje były utrudnione i słabo widoczne z daleka. Po zakończeniu manewrów, gdy wracaliśmy ubłoceni i woda ciurkiem lała się z płaszczy, a jeszcze, gdy rozległa się piosenka ułożona w „Wilejce” przez plutonowego Piotrowskiego: 

Rozszumiały się wierzby płaczące,
Rozpłakała się dziewczyna w głos.
Od łez oczy podniosła gorące
Na żołnierski, na twardy życia los. 
Nie szumcie wierzby nam, 
Żalu co serce rwie,
Nie płacz dziewczyno ma,
Bo na wojence nie jest źle.

Wtedy górale zdejmowali czapki i chyłkiem łzy z oczu ocierali, a góralki płakały na cały głos i z wielkim łkaniem, niejedna podchodziła do nas i głosem przerywanym od płaczu mówiła: mój syn też w wojsku, to on też tak, o Jezu, Jezu!  Po manewrach, na drugi dzień opuściliśmy Jeleśnię zajmując stodoły w Przyborowie na samej granicy. Rozpoczął się najcięższy okres służby, a mianowicie ćwiczenia i budowa fortyfikacji na przełęczy na Budach (góra Jaworzyna) i na przełęczy na Hlinie, pod Pilskiem, zamykając całą drogę dobrą na Jeleśnię i Żywiec. Wstawaliśmy o czwartej, a wracaliśmy na dziesiątą lub jedenastą wieczór. Dostawaliśmy dodatek dla ciężko pracujących, po dwa dekagramy boczku dziennie. Obiad jedliśmy suchy, chleb z tą wędzonką i czarną kawą, a gotowany obiad wieczorem, gdy wróciliśmy z pasa nadgranicznego. Braliśmy do pracy i ludność cywilną za zapłatą po dwa złote za godzinę. Porobiono bunkry betonowe i ziemianki z drzewa, całość otoczona była zasiekami z drutu kolczastego, a przejazdy i przejścia miały tzw. kozły. 11 lipca rozkazem pułkowym awansowałem wraz z dziewięcioma innymi elewami. Dostałem stopień starszego strzelca. Czas stawał się coraz nieznośniejszy, gdyż zaczęły się napady bojówek hitlerowskich. Nocami alarmy były na porządku dziennym. Wtedy ubierało się buty, płaszcz, pas, amunicję i karabin i w góry. W sierpniu napadli na placówkę straży granicznej w Korbielowie, zamordowali kaprala straży granicznej Drewniaka, poranili kilka osób jeszcze i zbiegli zabrawszy całe uzbrojenie z placówki. Pod koniec sierpnia sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Dnia 25 sierpnia otrzymałem rozkaz wraz ze starszym strzelcem Matysiakiem odjazdu z Przyborowa do Żywca w pilnej sprawie. Zameldowaliśmy się w Żywcu na stacji, skąd samochodem wraz kilkunastoma podoficerami wywieziono nas do Rajczy. Tam w polach, daleko od ludzkich domków stały już dwa samochody i jakieś długie skrzynie oraz skrzynka z amunicją. Przyjechał pułkownik Gaładyk w otoczeniu oficerów i zaczął mówić: kto by czuł, że nie utrzyma tajemnicy niech wystąpi. Nie było takiego. Więc odebrał od nas przysięgę, że tej nowej broni przeciwpancernej tajemnice utrzymamy i nie wydamy nikomu, ponieważ ta broń będzie zaskoczeniem dla wroga. Dostaliśmy ją do ręki, a instruktor oficer wyższy opisał nam zasady użycia, czyli współdziałania wszystkich części. Wypróbowaliśmy skuteczność tej broni oraz przerobiliśmy ćwiczenia z noszeniem tejże broni i konserwację. Potem zaczęła się ogólna dyskusja więc zadawaliśmy pytania. Ponieważ podzieliły się grupki przy tej dyskusji więc ja sam powiedziałem, że sprawa będzie ciężka. Następnie pytałem dlaczego nie cała granica czeska jest obstawiona wojskiem oraz dlaczego my przyjechaliśmy w kwietniu, a do tej pory wojny nie ma. Więc płk Gaładyk skinął na jakiegoś kapitana, ten podszedł do mnie, musiałem mu powtórzyć pytania i takiej oto udzielił mi odpowiedzi: Każde państwo ma swój wywiad, prawda. Więc i my, Polacy już w kwietniu wiedzieliśmy, że Hitler postanowił uderzyć na Polskę. Jeżeli do tej pory nie wykonał tego planu, to tylko dlatego, że nie doszedł do porozumienia z Rosją. Rosja uważa, że część ziem Polski na wschodzie jako cześć integralną Związku Radzieckiego i Hitler obawia się jakie stanowisko zajęła by Rosja, gdyby walki przeniosły się za San i Bug. Więc Niemcy lada dzień podpiszą układ w sprawie podziału Polski i wtedy uderzą. Jeżeli chodzi o obstawienie granicy to przejrzano niemiecki plan uderzenia i jest wiadome, że od Babiej Góry wyjdzie silne uderzenie oskrzydlające na Zawoję, Jordanów i autostradę na Zwardoń – Węgierską Górkę – Żywiec. Zrozumiałem, że już w kwietniu bataliony 2 pułk KOP. obsadziły teren od Zawoi na Maków i Suchą, 1 pułk K.O.P. rejon Rabki i był jako ostatni oddział obrony w kierunku wschodnim, a dalej wolna przestrzeń nie broniona. Zapytałem raz jeszcze: A jeśli wyszłoby tak silne uderzenie, że 1 pułk KOP. rozbity zostanie więc co może być dalej i czy Niemcy pojadą akurat w kierunku północnym na Kraków – Myślenice. Otrzymałem odpowiedź, że tego wymaga taktyka działania, a jeżeli wybuchnie wojna, więc oddziały KOP-owe mają zadanie powstrzymać nieprzyjaciela i opóźniać pochód, a gdy on pokaże dokładnie swe zamysły, więc zaraz będą kierowane w zagrożone odcinki odpowiednie oddziały. Dyskusję zakończono i pomaszerowaliśmy na obiad. Broń zabrano z powrotem na samochody. Wieczorem meldowaliśmy z Matysiakiem swój powrót do kompanii. Od tej pory prace przy fortyfikacjach w terenie przerwano. W umocnieniach już przebywały plutony na warcie. Dnia 26 sierpnia całe popołudnie panował niezwykły nastrój, wszyscy oficerowie siedzieli stale przy telefonach, a gońcy jeździli jak opętani, niezwykle nerwowa i napięta atmosfera się wytworzyła. Ja już uważałem o co chodzi. Wczesnym rankiem wiedzieliśmy już, że układ Ribbentropp – Mołotow podpisany. Rozglądałem się po terenie i rzewnie pomyślałem, gdzie też moje kości mogą spoczywać.

Wieczorem 31 sierpnia poszedłem z patrolem na Budy. Noc zeszła spokojnie. Po piątej godzinie rano przez przełęcz na Budach wyszedł silny oddział piechoty na nasze stanowiska. Zatrzaskały karabiny i rkm. Niemcy schodząc po stromym stoku góry nie mogli strzelać celnie, biliśmy w nich jak w kaczy tyłek. Wkrótce rozległy się tylko straszne krzyki i jęki. Reszta zwiała. Zostaliśmy zluzowani i wróciliśmy do Przyborowa. Kompania była na zbiórce i my dołączyliśmy. Porucznik Kuziel odczytał rozkaz: Niemcy napadły na Polskę - Kraj nasz w niebezpieczeństwie, będziemy się bronić. Następnie kapral Lisowski podał mu papiery i zaczął rozpalać ogień. Padł rozkaz: wszystkie listy, dokumenty, fotografie w ogień. Rzucaliśmy posłusznie wszystko. Potem odczytał część rozkazu o zakończeniu szkoły podoficerskiej. Awanse w ogień, więc Lisowski zaczął kłaść. Tu są wasze świadectwa ukończenia szkoły i idą w ogień. Lisowski powoli podsycał nimi płomień. Tabor i Matusiak do mnie, reszta uzupełnić amunicję, pobrać żelazne porcje i na stanowiska za rzekę. Otrzymałem znaną mi już rusznicę przeciwpancerną, amunicję, a ta ciążyła jak wszyscy diabli. Numer mej metryki śmierci P.W. 141. W Korbielowie druga i trzecia kompanie prowadziły zaciekłą obronę, Niemcy atakowali czołgami. Na nas skupił się nalot paru myśliwców. W Zawoi artyleryjski ostrzał, tylko ziemia dudniła. Gdzieś od Zwardonia okropnie zaciekła kanonada. Na północy głuche wybuchy bomb. Cała Polska ziemia tylko stękała pod ciężkimi razami. Nad Żywcem ciągłe gejzery czarnego dymu. Bombardowanie bez przerwy. Przed południem otrzymaliśmy pierwsze wiadomości. Nieprzyjaciel atakuje całym frontem od Prus po Zawoję. Nasz batalion narżnął całą kupę Niemców. Na Budach Niemcy pozbierali zmasakrowany batalion rannych i trupów. Ha Hlinie i Korbielowie nabito stosy Niemców i motocykli. Zniszczono i uszkodzono kilkanaście czołgów. Nazbierano sporo płaszczy z motocyklistów. Płaszcze czarne nieprzemakalne, a deszcz może być, więc cała szarża zaopatrzyła się w nie. Ostrzał artyleryjski przetrzymano w bunkrach. Drugie natarcie czołgów i piechoty załamało się pod ogniem granatników „Sztokies", broni ppanc. i znów na polach minowych rozpranych i płonących czołgów kilka. Reszta zawróciła. Spokój i cisza u nas. Gorzej jest z resztą 2 pułku. Tam Niemcy idą na siłę. Nie uważają na straty. Więcej tam równiny, która staje się rozległa. Bije ciężka artyleria, samoloty bombardują. Za szeroka równina, brak wsparcia artyleryjskiego, więc krok za krokiem posuwają się Niemcy pozostawiając olbrzymią ilość nabitych ludzi i sprzętu, metr po metrze zamieniają ziemię w ziejącą spalenizną pustynię. Główny punkt oporu znajduje się poza Zawoją, która ciągnie się 7 km na wzgórzach poza rozległą równiną. Niemcy panują nad terenem. Od Babiej Góry przez Zawoje pędzi wróg pancerny szczękając żelastwem i plując ogniem, ulewa się cała masa potworów, niezliczona ilość. Pułk rażony ze wszystkich stron, oskrzydlany musi się cofać. Wszyscy żołnierze w ciągłej akcji, nie ma chwili wytchnienia, nie ma nawet wody by usta przepłukać, osmoleni dymem, straszni, ale bohatersko wstrzymują napór miażdżącej przewagi stali i ognia. Przed południem zepchnięto bataliony 1 pułku na Maków. Niemcy całą siłą prą na Rabkę. Od nas wyrusza rozpoznanie w sile czterech ludzi na przełęcz na Budach. Niedaleko jest stamtąd droga, którą się wlewa wróg na Zawoje. Obchodzimy z prawej strony Budy z daleka. Widzę, że na przełęczy czuwają hitlerowcy. Rozpoznajemy trzech ludzi lornetkujących polską stronę. Schodzimy kawałek koło leśniczówki na Słowację, błądzimy po lesie, wreszcie widać drogę, a nią suną kolumny. Jest i most w takim miejscu, że gdyby go wysadzić to mają drogę zamkniętą. Z dala widać małe miasteczko, w nim i naokoło pełno pojazdów, czołgów i wojska. Chyba ze dwie lub trzy dywizje. Stacjonują jak na paradzie. Więc wracamy bez przygód. No, ktoby się tu Polaków spodziewał. Wieczorem wyrusza od nas silny patrol. Ma za zadanie dotrzeć do mostu, a na pewno nikt go nie pilnuje, wysadzić i powrócić. Drugi patrol w sile pięciu żołnierzy w tem trzech narodowości niemieckiej z Kozubeckiem ma za zadanie dotrzeć do miasteczka, rzucić kilka granatów oraz ostrzelać zgrupowanie. Na ten koniec nikt się nie liczy z ich powrotem. Zamieszanie spore i zaskoczenie piorunujące, a strata dwu żołnierzy Niemców z Kozubeckiem się nie liczy bo ich i tak trzeba się bać i lepiej będzie jak się ich pozbędziemy. Reszta kompanii zbiera się na górze. Opodal zamaskowana kuchnia polowa, która teraz w ciemności przygotowuje obiad. Na froncie nastaje cisza od grzmotu artyleryjskiego. Od strony Węgierskiej Górki poszczekują karabiny. Na zachodzie wielka krwawa łuna, to samo na południowym wschodzie. Jak na pierwszy dzień ten straszny szatan jeszcze nic wielkiego nie zrobił a przecież siły i pomoc nadejdzie. Pobieramy gorącą zupę i kaszę z mięsem z kuchni polowej. Lecz podniecenie nerwowe nie pozwala aby się najeść do syta. Przemocą pcha się jadło do gardła. Potem staramy się o trochę słomy i śpimy w zaroślach. Czuwają tylko ubezpieczenią. Nad ranem budzi nas huk samolotów. Lecą nad nami nad Żywiec. Widać je dokładnie jak krążą gdzieś i biją bombami i znów czarne gejzery dymu. Kanonada na południowym wschodzie już bardzo daleko, słabo słychać. Nasi sporo ustąpili w ciągu nocy. Za to przybliżyła się bardzo od zachodu. Już biją się koło Węgierskiej Górki. Zajadła kanonada artyleryjska wzmaga się z minuty na minutę. Pobieramy z kuchni śniadanie. Około 8-ej wraca kapral Grzyb i Mizera z patrolu. Zadania nie wykonali ponieważ pobłądzili w lasach, wyszli w zupełnie innym miejscu, a co gorsza doszło do wymiany strzałów i musieli się wycofać, porzucając materiały wybuchowe. Wrócili wszyscy. Przed południem wrócił drugi patrol. Żaden z Niemców nie uciekł, a zadania nie wykonali z tych samych, powodów – zeszli na naszą stronę w Korbielowie a stamtąd zostali odtransportowani do nas. Na naszym odcinku wróg 2 września nią ponawiał żadnych akcji zaczepnych. Przesiedzieliśmy cały dzień na stanowiskach, nasłuchując ze wzrastającym napięciem jak związane w krwawych zapasach oddziały nasze pędzone są stale w kierunku Żywca. Wieczorem kanonada milknie przy Żywcu. Zdajemy sobie sprawę że jest coś źle. Wygląda na to, że jesteśmy z zachodu i północy okrążeni. Po zapadnięciu zmroku gwizdek – zbiórka. Pospiesznie zbieramy się w drużyny, a dowódcy drużyn meldują dowódcy kompani gotowość. Pada rozkaz: nie marudzić po drodze, trzymać się kupy – kierunek Jeleśnia, szybko maszerować. A więc odwrót. Oglądam się po tych okolicach z żalem, trzeba pozostawić tych życzliwych nam ludzi. Dochodzimy do Jeleśni. Kobiety na drodze płaczą, z rozwianymi w nieładzie włosami krzyczą panowie, la Boga, nie odchodźcie, nie zostawiajcie nas! Odpowiadamy: bądźcie spokojni, wrócimy i żal nam ściska gardło. Nie mogę nic mówić. Na stacji jest już podstawiony pociąg. Sprawnie się ładujemy z całym taborem konnym. Pociąg rusza za godzinę i pędzi ale nią mogę się zorientować w którym kierunku. Po dwóch godzinach jazdy wyładowujemy się gdzieś koło Wadowic. Biegiem z pociągu i biegiem marsz. Wozy konne nas dojadą i jeszcze wyminą. Maszerujemy całą noc ile sił nogach, marszem piekielnie forsownym.

4 września
Rano koło dziewiątej jesteśmy pod Myślenicami. Zaraz w oczy rzucają się wozy konne, a na nich lżej ranni żołnierze jadą całą kolumną wóz i wóz. Wymijają ich autobusy oraz ambulanse PCK. Często widać na nich ślady krwi, niekiedy krew ścieka, a wszystkie mają znaki czerwonego krzyża. Czuć front. W Myślenicach ludność podaje nam wodę ze sokiem przygotowaną w wiadrach, podają w filiżankach, lecz dowódcy naglą – nie pić psiakrew co zapalenia dostaniecie. Chwytam parę haustów i ciskam garnek. Nią mogę już udźwignąć rusznicy. Ramiona bolą piekielnie. Biodra otarte od pasa z ciężką amunicją, a nogi jak kołki. Zataczam się jak pijany, wreszcie chwytam ręką naszego wozu i trzymam się. Rusznicę kładę na wozie, nam odpoczynku ze dwa kilometry. Potem wóz rusza szybko ja muszę zostać. Idziemy w kierunku na Trzemeśnię. Doszliśmy poza Trzemeśnię parę kilometrów na południe, gdzieś koło godziny dwunastej lub pierwszej. Tam zatrzymaliśmy się a każdy runął na ziemię jak wór piasku i znów dowódca krzyczy: powstań! Co jest do cholery, nie wolno na ziemi się kłaść, chcecie żeby was bez Niemców szlag trafił? Więc podkładaliśmy sobie pod siedzenia czapki i karabiny, wspieraliśmy się na łokciach. Koło godziny trzeciej wydano nam z kuchni obiad i to bardzo lichy. O czwartej zbiórka w drużyny i kompanie całego batalionu. Dostaliśmy po pół chleba do chlebaka, kawę do manierki i w drogę wolnym marszem na południe. Szliśmy chyba trzy kilometry na godzinę. Zapadł wieczór. Zaczęliśmy się wspinać na grzbiet górski, maszerując stale w kierunku południowo zachodnim. Zachowywaliśmy niezwykłą ostrożność, a szliśmy tak cicho, że żadnego odgłosu nie było słychać. Idąc musiał jeden drugiego mieć bliziutko przed sobą, bo inaczej to byśmy się pogubili. Był to wyczerpujący, bardzo ciężki marsz całonocny. Dwukrotnie czoło pochodu pomyliło drogę i musieliśmy wracać dlatego, że nikogo nie wolno było pytać a dowództwo orientowało się podłóg kompasu i mapy. Jeszcze w ciemnościach zaczął rysować się przedświt – zajęliśmy stanowiska pod Pcimiem nad Rabą i cichutko zaczęliśmy ryć dołki strzeleckie. Ja natrafiłem na jednolitą skałę i nie mogłem nic zrobić. Poza tym była to straszna pochyłość. Więc poznosiłem kamienie, aby mieć na czym zeprzeć rusznicę do strzału. Zaczął się świt, droga rysowała się już dobrze. Od południa słychać było warczenie i żegotanie. Pędziła drogą jakaś jednostka zmotoryzowana. Batalion rozłożył się na przestrzeni około dwóch kilometrów. Ogień otworzyć mieliśmy na gwizdek. Więc gdy dwa samochody pancerne i trzeci samochód z piechotą podjechały pod moją lufę, a ja byłem ostatni na prawym skrzydle, por. Kuziel dał rozkaz ogniowy gwizdkiem. Rozpoczęło się piekło. Walnąłem w pierwszy motor, poprawiłam drugi raz, a że pociski były świetlne, pozostawiły długą smugę za sobą, więc celność była widoczna. Skręcił w lewo i stanął. Palnąłem w drugi lecz już nad głową świszczą mi pociski. Nadjeżdża samochód z piechotą więc celuję w motor [silnik] na przedzie dając małe wyprzedzanie – i bach! Widzę jak skręcił w tej chwili w prawy skraj szosy żeby ominąć dwa pancerniaki, a pocisk przeszedł przez całą szoferkę i w widoczną postać ludzką przez okno prawych drzwiczek. Momentalnie fiknął do fosy. 
Ale na mnie idzie cała lawina pocisków. Skurczyłem się cały, ale gdy jeden pocisk wyrżnął w tą moją piramidę kamieni tak cudem z życiem uszedłem. Uskoczyłem za pobliski pień sosny. Skurczyłem się jak mogłem. Lecą drzazgi z sosny wnet nade mną. Jak długo to trwało nie wiem. Zdaję sobie jednak sprawę jak ogień przenieśli z miejsca, gdzie ja kucałem schylony za sosną. Wtedy rozglądam się za lepszym stanowiskiem, bo ogień wściekły idzie z obu stron. Na mnie przestali bić Niemcy. Widzę pionową gołą skałę więc chyłkiem biegnę w tamto miejsce, jest ono w prawo i w górę ode mnie. Pod skałą widzę spore i szerokie wgłębienie. Mam tu dobrą osłonę z przodu dla całego ciała. Ryję trochę łopatką, próbuję jak leży rusznica i sprawdzam ile jest jeszcze amunicji, bo wszystkiej nie wolno w żadnym wypadku wystrzelać. Mam jeszcze czternaście sztuk. Więc wyciągam jeszcze dwa naboje i ładuję pierwszy. Poprawka idzie w drugi wóz pancerny, raz i drugi. Ale znów lawina pocisków wali wokoło, bo skała niestety jest naga i wokół niema zarośli. Ryję brodą w ziemię, mam ziemię w ustach, ale kamienie obrywają się ze szczytu. Dostałem tęgim kamieniem w pośladek aż się zwinąłem i koziołkuję pod samą skałę. Rykoszety syczą i wyją przeraźliwie. Tam gdzie leżałem tworzy się kupka gruzu i kamieni. Biją w moją stronę stale, ale coraz mniej, wyskakuję więc i chyłkiem za zbawczą sosnę. Ogień idzie stale ale tylko w okolice skały, wiec odsuwam się dalej z powrotem za tą piramidę kamieni i leżę. Nie ryzykuję dalszego strzelania gdyż swoje zrobiłem. Widzę jeden wóz pancernym przodem we fosie, a z drugiego idzie gęsty dym. Ciężarówka cała we fosie przydrożnej. Ogień ze strony niemieckiej coraz rzadszy. Widzę dalej samochody poskręcane co kilkadziesiąt metrów. Motocykle, małe czerniejąca plamy na szosie, a jest ich wiele w zasięgu mojego oka. Na stanowiska drugiej i trzeciej kompanii nie mam w ogóle wglądu. Gdzieniegdzie jeszcze ostrzeliwują się Niemcy. Nadchodzi wtedy por. Kępa, dowódca drugiej kompanii i wali mnie rękawiczkami po głowie. Czemu cholero nie strzelasz? Podnoszę się i mówię że z piechotą nie mogę walczyć bo mam rusznicę ppanc. a swoje już zrobiłem. Pokazuję mu samochody pancerne i gilzy wystrzelone. Pyta mnie, gdzie tu działko strzelało? Odpowiadam że tu nigdzie działko nie strzelało i nikogo tu nie ma poza mną, tym bardziej działka i że miał chyba złudzenie. Osiadł na mnie jak wściekły pies – ty gówniarzu będziesz kpił ze mnie, ja ci pokażę! Z której ty kompanii? – Z pierwszej, odpowiadam, ale pan porucznik nie wie, że z tej rusznicy idą smugowe pociski i huk jak wszyscy diabli? Pokazuję mu jeszcze łuski i mówię: przecież pan widzi ile tu materiału wybuchowego najprzedniejszej jakości, niczym do działka przeciwlotniczego. Wziął w rękę i pooglądał, potem zawrócił z powrotem. Strzały z niemieckiej strony stają się coraz rzadsze. W końcu zupełnie cichną. Siadam i szczypię chleb bo trzeba coś zjeść. Kroję bagnetem, wcinam całymi kawałkami, popijając czarną kawą z manierki. Słychać gwizdek dowódcy, wiec wypijam kawę, chowam manierkę do chlebaka i idę w kierunku miejsca, skąd wychodziliśmy na stanowiska. Zajadam sam czerstwy chleb. Widzę por. Kuziela, a ostatni żołnierze znikają w lesie. Wycofujemy się z powrotem tą samą drogą. Por. Kuziel pyta, jak mi poszło, więc mówię - chyba pan widział dwa pancerne i dowódcę z kierowcą w samochodzie ciężarowym na pewno, i opowiadam mu o moich tarapatach. Strofuje mnie, że złe stanowiska sobie dobierałem. Naraz odzywają się działa gdzieś daleko na południu. Świst granatów i gdzieś z 600 metrów przed nami cztery piekielne wybuchy. Obaj jesteśmy podnieceni lecz idziemy dalej. Uważaj teraz Jędrek, mówi por. Kuziel. Zaczyna się wściekłe kanonada a mnie się zaczyna nie spieszyć w ten ogień. Zauważamy, że ogień artylerii kładziony jest na tą dróżkę grzbietem góry i oddala się od nas. Biją Niemcy wściekle z pół godziny. Wychodzimy na szczyt widzimy naszych ludzi porozbieganych po lesie. Zdają dowódcy relacje, że część wojska uciekła, a Niemcy stale po nich i coraz dalej i dalej przenosili ogień, więc oni zostali aby przeczekać. Zbieramy porzucone rkm-y i karabiny. Ja niosę rusznicę oraz dwa rkm-y. Przed wkroczeniem na znaną nam równinę, gdzie zostawiliśmy poprzedniego dnia wieczorem cały tabor konny, zaopatrzenie i kuchnię, zatrzymujemy się w Wielkim Kamieńcu. Niemcy biją jeszcze po dolinie. Siadamy gdzie kto może i zaczynamy opowiadać i słuchać co mówią ludzie wychodzący z lasu. Powoli zbiera się prawie cała nasza kompania. Nie widzę w ogóle Matysiaka z druga rusznicą ppanc. Pytam Kuziela, ale pominął milczeniem moje pytanie. Nie widziałem go od Przyborowa w ogóle. Okazuje się, że strat na placu boju nie ponieśliśmy w ogóle. Donoszą żołnierze, że Kosubeck i wszyscy Niemcy z całego batalionu zdezerterowali. Z naszej kompani jest czterech rannych, a najciężej z nich Owczarek, ma rozwaloną głowę i już zostawili go gdzieś u chłopa aby mu dał pomoc lekarską i sam otoczył go opieką. Machowski ma kawał szpikulca wbity w szyję na wylot. Odpoczęliśmy spory kawał czasu. U wszystkich żołnierzy ostro ściągnięto twarze, szklące rozbiegane oczy, znać na nich ciężki bój. Schodzimy w dolinę – cała zasłana dymem niebieskawym. Dostaję rozkaz od dowódcy, aby zbadać czy to czasem nie gaz. Ja byłem również przeszkolony z obrony przeciwgazowej jako instruktor kompanii. Maska w pogotowiu, schodzę i badam zapach oraz liście i mokrą ziemię. Okazuje się że to dym. Przy potoku dom częściowo rozburzony, przed domem mężczyzna i kobieta – nieruchome, żółte, woskowe twarze, nie ma śladu gdzie zostali ugodzeni. Na równinie rozbitych parę wozów i dwa konie, ani śladu naszego zaopatrzenia i kuchni. Idziemy w kierunku wschodnim i napotykamy łączność. Jest major Kuferski. Łączył się ze sztabem grupy operacyjnej. Wychodzą jakieś cudeńka – mówi. Gdy pierwsi żołnierze wpadli gnani ogniem niemieckiej artylerii, por. Mucha wydał rozkaz wszystkim wozom pędem jechać na Trzemeśnię.
W samą porę, gdy ogień położył się na dolinie wozów już tam było. Sprawnie się uwinęli i w nogi. Galopowali na wozach, kilkunastu żołnierzy śmiertelnie, wystraszonych, nie zdających sobie sprawy z tego co było. Biedaki, oj biedaki, a my z tyłu nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu. Por. Mucha został odesłany w kierunku wschodnim na Gdów. Od tej pory byliśmy bez zaopatrzenia. Idziemy na wschód – kierunek Wiśniowa. Dochodzi południe, wtorek, piąty dzień walki. Dochodzą nas złe wieści – 1 pułk KOP został zepchnięty z Mszany Dolnej na północ, a droga na Limanową wolna. Bez strzału pędzą wgłąb kraju wrogie dywizję pancerne. Pułk trzyma Wiśniową ostatkiem sił. Na drogach całe masy wojska cofające się pospiesznie, masy cywilnej ludności. Zatory i zatory. Pytamy się cywili, po jakiego pierona uciekacie, kto wam kazał – sami panowie, bo Niemcy strzelają. Panika chwyta wszystkich po drodze, uciekają wszyscy. Okazuje się że bataliony Obrony Narodowej Niemcy wzięli za cywili i rozstrzeliwują cywilną ludność w odwet. Jest i chłop z Jeleśni na koniu zgonionym do ostatniego tchu. Chłopy rzucili się rano w niedzielę z widłami na wkraczających Niemców – mówi – ja tylko uciekłem na skradzionym koniu. Nie pytam więcej, żal mi tych ludzi. W takim razie ja też bym sam uciekł, słysząc takie wieści. Dochodzimy do Wiśniowej. Straszliwa kanonada. Ostatnie pasmo wzgórz trzyma 1-szy pułk KOP. Rżnie po nich artyleria że słychać tylko prawie jeden huk. Wyraźnie słychać jednostajny, nieprzerwany klekot karabinów maszynowych, głuszonych stale wybuchami granatów. Chociaż tu tyle dział przejeżdża w ucieczce, nasi biją się bez wsparcia artyleryjskiego. Na równinie z tej strony wzgórz jak okiem sięgnąć porozciągane leżą szczątki ludzkie, ranni i nieżywi. 

Tam we Wiśniowej w ogniu dział, moździerzy, 
Gdzie granaty rwą i targają,
Całą moc trupów na ziemi leży,
Ranni o litość błagają.
Kilkudziesięciu błędnych kopistów,
Oczy straszliwe, skrzywione usta,
Ave Ojczyzno! Wśród huku i błysków
Więc morituri te salutant!

Wszystko ranne od granatów, ran postrzałowych nie widać. Przechodzę krajem tego szpitala – groza okropna, cała moja jestetstwo. Jak się jeszcze tam mogą bić, jak tu taka nieprzeliczona masa ludzi leży. Widzę porozścielane znaki czerwonego krzyża dla lotnictwa wystawione 
i wyłożone na ziemi. Idą od linii żołnierze mniej ranni, jeden ma scharataną prawą rękę, jako tako obandażowaną. Pomóżcie naszym, mówi, Niemcy się boją, piechota straszy strzelaniną a nie podchodzi. Gdy nasi ruszają naprzód, to oni wieją. To artyleria tylko tak masakruje – a pomóżcie ludzie!  Zatykam uszy, biegnę za kompanią. Por. Kuziel zsiadł z konia i idzie piechotą. Wszczynam rozmowę. Panie poruczniku Niemcy się porządnie rozczłonowali, teraz pasuje nam wojnę podjazdową prowadzić bo w polu im rady nią damy. Por. Kuziel idzie w milczeniu więc mówię dalej. Tak robić jak zrobiliśmy pod Pcimiem. Nie trzymać się domów, ale lasami choćby piątą część wojska pchnąć tyłami wroga. To lepsze jak lotnictwo. A artylerię też można im wybijać i gwoździć. Oni mają też wielkie luki. Chłop z Jeleśni dziś jest tutaj, a w niedzielę był jeszcze w domu. Widzę przecież – mówię – że zwiejemy przed okrążaniem, jest popłoch, ale zamiast wszystko wojsko gnać na wschód, zatrzymać miejscami parę dobrych batalionów, to byśmy im narobili bigosu. Stargalibyśmy im łączność i musieliby się powstrzymać w pędzie. Oni też tracą sprzęt i to całe masy. Tym sposobem wnet byśmy im tak dopiekli żeby stracili to wszystko, co tu już napchali. A dlaczego pozostawia się im wszystkie mosty nietknięte? Ile masz jeszcze amunicji? pyta por. Kuziel. Dwanaście sztuk odpowiadam – Będziesz strzelał tylko na mój rozkaz – Tak jest panie poruczniku. Rozmowa skończona bo porucznik dosiadł konia i pojechał na czoło. Rozglądam się za jakimś jedzeniem, w domach nie ma nic. Dorwałam główkę kapusty, więc wykrajałem bagnetem głąb i jem. Tymczasem czoło naszego batalionu zwalnia. Schodzimy na prawą stronę i fala wojska nas mija a my idziemy wolniej. Mijają nas wozy konne. Na jednym wozie chleb, więc przyspieszam za tym wozem i delikatnie wyciągam jeden bochenek i chowam pod bluzę. Chowam się za naszych żołnierzy i tnę bochenek na pół. Jedną połowę chowam do chlebaka, a drugą trzymam w rękach, szczerbię po kawałku i jem. Dochodzą koledzy. Daj kawałek, daj kawałek – wyciągają ręce. A nie mogliście tak samo ukraść z wozu jak ja? I dochodzi do tego, że o kawałek chleba mogliśmy zostać sobie nawzajem wrogami. Rozumiem wszystko, więc wyjmuję drugą połowę z chlebaka i dzielą się po niewielkim kawałku. Sobie zostawiam pajdkę oszczerbaną, resztę rozdaję. Nadlatuje jeden samolot i krąży. Wojsko chowa się gdzie może. Zaczyna strzelać lotnik. Strzelają i nasi do niego. Trwa ta strzelanina z piętnaście minut. Mnie diabli wzięli i mimo rozkazu dowódcy ładuję nabój do rusznicy, celuję, pada strzał. Ognista smuga biegnie i zbliżają się do siebie razem z samolotem. Celny... Zachybotał i wraca na zachód. Widać smużkę dymu. Wreszcie się rozprysł i nie ma samolotu. Wojsko zbiera się i maszeruje dalej. Uszedłem zaledwie kilka kroków i jest dowódca, mnie ciarki chodzą po plecach. Słyszałeś? – pyta. Tak jest panie poruczniku. Przez chwilę patrzymy obaj na siebie. Wreszcie odszedł bez słowa. Wiem sam co znaczy te kilka sztuk amunicji, a nie dostanę nigdzie więcej. Słońce chyli się ku zachodowi. Nas już ogarnia nie do opanowania znużenie. W ustach sucho, żołądek woła wody. Każdy czarny od kurzu i umorusany. Ludzie chwieją się i padają na drogę. Dowódca zarządza aby się wsiąść czwórkami pod ręce, ciągnąć jeden drugiego i podtrzymywać się wzajemnie. Robi się ciemno, z krzykiem mijają nas nasze tankietki. Ja padam z całą czwórką na ziemię a na nas druga i trzecia, robi się źle. Nadbiega dowódca i bije szpicrutą po ciele, rękawiczkami, po twarzy. Nie mogę wstać. Tak mi jest dobrze. Ktoś mnie wali po twarzy więc czuję uderzenia i przytomnieję. Dowódca wziął ode mnie rusznicę. Posuwam się jednak z oddziałem. Ktoś mnie wlecze pod ręce. Robi się chłodno więc przytomnieję całkiem. Chwytam się rękami wozu co nas mija i wlokę się za nim byle dalej. Czuję brzęk czegoś na wozie, wkładam rękę w słomę, a tu cała masa konserw blaszanych. Podniecenie ogromne. Odzyskuję siły. Wyrzucam kilka pudełek na drogę, zbierają koledzy, a sobie jedną schowałem do chlebaka. W lot wóz oblężony, chciwe ręce, dziesiątki rąk targają konserwy. Robi się tumult, woźnica-żołnierz wrzeszczy. Nadbiega jakiś oficer i wyciąga pistolet, wystrzelam złodziei! – krzyczy. Wlot pustka koło wozu. Dochodzimy do Podolan koło Gdowa. Zator piekielny, więc rąbnęliśmy we fosę i koniec. Wszystko jak nieżywe legło... W nocy ktoś mnie szarpie, podnosi, słyszę: Jędrek, Jędrek wstawaj, no bierz rusznicę. Powoli, bardzo powoli otwieram oczy i chcę przyjść do świadomości. – Niemcy nas czołgami rozjadą, wstawajże cholero pierońska. Nogi i całe ciało jak z ołowiu, koszula przywarła do ran na biodrach, które mi pas z amunicją obtarł. Wstaję, już blisko połowa ludzi jest na nogach. Kuziel nakazuje wołać i dźwigać resztę. Rozglądam się i widzę krwawą łunę na całym zachodzie. Parę kilometrów za nami tatata, tatata i przerwa, słychać daleki chrzęst. Aha – idą Niemcy mocą. Droga całkiem wolna ani żywej duszy, wszystko przejechało już na wschód. Psy wyją niemożliwie, aż groza przechodzi od tego wycia i strach pieroński bierze. Por. Kuziel nakazuje wziąć kilka snopków słomy za stodoły od chłopa. Zabieramy i ciągniemy wszyscy do lasu nad Podolanami, w rozwidleniu dróg w kierunku Bochni i Łapanowa. W lesie gruchnęliśmy wszyscy na ziemię – słoma nie słoma, błogi sen i odpoczynek."

Część III wkrótce.

 


 

5
Oceń (4 głosów)

 

 

Wspomnienia żołnierza KOP cz. II - opinie i komentarze

ArturSzArturSz
0
Świetne, rewelacyjne, obszerne, pełne emocji wspomnienia szeregowego Żołnierza tamtej wojny. Jakże teraz inne mam wyobrażenie o tym co działo się pod Korbielowem- Zawoją-Krzyżową... i do tego strzlca wyborowego - rusznicy ppanc - pociski wysterzolene z UR-a były tu smugowe.... czy gdziekolwiek i ktokolwiek o tym detalu wspominano dotychczas? Tu kilka bardzo cennych fotografii z tametgo miejsca ( Jeleśnia) i czasu tuż przed wybuchem wojny - żołnierze bratniej jednostki - 151 kompanii fortecznej KOP ( obsadzali ciężkie schrony bojowe, o których budowie i chronieniu się już w czasie wojny - mowa w relacji): https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/90278:1/ (2017-01-17 21:21)
ArturSzArturSz
0
Zrobiła też na mnie wrażenie postawa kapitana, który na pytanie szeregowego udzielił bardzo rzeczowej odpowiedzi nt. sytuacji politycznej. Natychmiast przypomniały mi się mysli płk Porwita o "Wychowaniu żołnierza-obywatela" - na przykładzie widać, że to faktycznie działało w wojsku. (2017-01-17 21:36)
Maly RomanMaly Roman
0
Kserokopie tych wspomnień mam kilka lat, niedawno przeglądając moje "archiwum" odkryłem je na nowo. Przed publikacja sprawdziłem wiarygodność wspomnień st. szer. Tabora. Spotkałem się z oceną, że nasz bohater miał skłonności do przebarwień relacji. Ja się z tym nie zgadzam. Sprawdziłem, pokrywają się w większości nazwiska poległych żołnierzy (będzie o tym w cz.III) Te relacje Pan Tabor spisał kilka lat po wrześniowych wydarzeniach i wtedy miał zapewne obszerniejszą wiedzę o przebiegu swojego szlaku wrześniowego. Przykładem tego jest nazwanie kb ppanc wz. 35 rusznicą. W 1939 roku takiej nazwy tej broni nie było. Zaraz po wojnie wszystko co strzelało do lekko opancerzonych pojazdów nazywano rusznicą. (2017-01-17 22:23)
ArturSzArturSz
0
Jedni "przebarwiają", inni za to nie dostrzegają.... :-) Natomiast określenie broni "rusznica" spotyka się nierzadko w relacjach , także oficerów. Jest to raczej w tym przypadku nazwą zwyczajową, z ówczesnego języka codziennego. Przynajmniej tak bym to oceniał w tym przypadku. (2017-01-17 22:43)
zylkoszylkos
+1
Z relacji ppłk.dypl.Władysława Krawczyka:,,6 IX nad ranem Gaładyk rozbity...być może przez 4 DLek w rejonie Bochni,o g.8.30 szef sztabu GO prowadził z Gaładykiem ostatnią rozmowę i odtąd brak o nim wiadomości...Ugrupowanie oddziałów na 1 IX:Oddziały płk.Gaładyka w rejonie Żywca:pułk KOP i bat ON z wysuniętymi do Węgierskiej Górki i w rejonie Suchej:pułk KOP i bataliony ON w Nowym Targu i Zakopanem.Meldunek z 1 IX:Gaładyk melduje o rozpoznaniu lotniczym i ukazaniu się na przedpolu motocykli i lekkich czołgów.2 IX o g.23-ej otrzymano rozkaz armii do odwrotu za Sołę i podporządkowaniu GO Bielsko oddziałów płk.Gaładyka.3 IX 21 DP na odcinku od m.Brzeszcze do Porąbki z przydzielonym jej pułkiem KOP Żywiec,który przechodzi do rejonu na płn od Żywca.Oddziały Gaładyka I Maczka na poprzednich pozycjach.Wieczorem rozkaz odwrotu w ciągu nocy na linię Skawy.Gaładyk przechodzi do rejonu Suchej,21 DP do rejonu Wadowic.4IX rozkaz do odwrotu na linię Niepołomice -Bochnia,Gaładyk na płd.wsch. od Myślenic.5 IX walki z Niemcami w rejonie Dobrej-Myślenice.W nocy odwrót na linię Niepołomice-Bochnia-Wiśnicz Nowy-Czchów:(całej GO)7 IX oddziały KOP;resztki miały bronić Lisiej Góry.wieczorem resztki te całkowicie rozleciały się...Na orginale kawałka mapy niemieckiej zaznaczone na czerwono:Biała-Myślenice-Bochnia.Pzdr!!! (2017-01-18 02:07)
zylkoszylkos
+1
Mapa orginalna z aukcjonu wygląda tak: (2017-01-21 22:58)
zylkoszylkos
+1
j.w.:Romek część III-cia... (2017-01-21 23:00)

skomentuj ten artykuł