Wspomnienia żołnierza batalionu KOP

/ 3 komentarzy

Na nudne zimowe wieczory (oraz może na ożywienie tego portalu), chciałbym przdstawić miłośnikom i pasjonatom naszej historii a konkretnie Wojny Obronnej 1939r. niesamowitą relacje jednego z jej uczestników. Zapewne te wspomnienia są wiekszości znane, ale moją intencją jest propagowanie takich przekazów jak największej ilości czytelników. Są to bardzo obszerne wspomnienia i w jednym wpisie nie da sie tego przekazać. Tym bardziej cenne, że opisują walki w których "nasz" bohater jest strzelcem kb p.panc UR wz. 35, broni o której użyciu w walce nie jest za wiele bezpośrednich przekazów. Z związku z tym bardzo proszę o komentarze i opinie, które zadecydują, czy ten temat dalej publikować.

 

Wspomnienia st. strz. Andrzeja Tabora z 1 kom. batalionu KOP "Wilejka"  2 Pułku Strzelców Górskich 1 Brygady Górskiej

 

                                                                                                Część 1.


5 listopad 1938 r. 

Bywaj dziewczę zdrowe Ojczyzna mnie woła, 
Idę za kraj walczyć Wśród rodaków koła.
Pamiętaj żeś Polka, że to za kraj walka, 
Niepodległość Polski to twoja rywalka.

Śpiewamy we czwórkę, wóz terkocze po wyboistej drodze, a my podskakujemy na słomianych, plecionych siedzeniach. Matka została we łzach z pięciorgiem młodszych braci, a ja najstarszy liczący 18 lat jadę do wojska. Pamiętaj synu, ze wszystkich sytuacji życiowych jest wyjście – mawiała matka, więc ściśnięty przedwojennymi stosunkami, ni nauki, ni też pracy zarobkowej, takie sobie wyjście z tej sytuacji znalazłem. 
W Bochni na stacji rozstaliśmy się. Dyląg Kazek i Mucha Tadek zostali czekać na inny pociąg, a ja z Mietkiem Łuczyńskim jedziemy do Lublina. Chłopaków dosiada coraz więcej na każdej niemal stacji, aż do Dębicy. Z miejsca nawiązujemy znajomości. Żartujemy, śpiewamy. Nad ranem jesteśmy w Lublinie. Mgła jesienna i przejmujące zimno, bo jest 5 listopad. Zbieramy się w duże grupy, dochodzą do nas żołnierze, formują czwórki. Prosimy, żebyśmy zostali odstawieni do koszar, a nie czekali na pociągi z innych kierunków. Kapral nakazuje dwum żołnierzom odstawić całą zbieraninę do koszar. Maszerujemy taktem tak jakby cepami zboże młócił. Rozglądam się po ulicy, gdyż chcę poznać miejsce i dzielnice, gdzie mieszkałem z rodzicami przed dziewięciu laty. Niestety Kalinowszczyzna jest w innym kierunku. Poznaje Krakowskie Przedmieście. Poznaję Saski Ogród i stąd już koszary niedaleko. Helenów i stop. Żołnierz wartownik opuszcza łańcuch w bramie. Nasi jesteście – droga wolna. Całą grupą ładują nas do koszar czwartej kompanii, gdzie następuje natychmiast strzyżenie oraz pobieramy umundurowanie. Pierwszy posiłek dostajemy w południe. Przed wieczorem do łaźni, skąd wracamy już jako żołnierze. Trzy dni zeszło na wałęsaniu się po koszarach i podwórzu. Zaznajamiamy się ze wszystkim. Czwartego dnia dostajemy karabiny. Cały pluton zebrał ppor. Müller. Zameldował gotowość d-cy kompanii, kpt. Makowskiemu i skierowano nas do zbrojowni. Tutaj miałem pierwszy bardzo niemiły wypadek, który będę pamiętał na zawsze. Ppor. Müller kazał się nam ustawić dwójkami na korytarzu z bronią. Ochotnicy wystąp – padł rozkaz. Wystąpiło nas czterech, bo tyle nas było w pierwszym plutonie. Ja dostałem dobry karabin, był cały oksydowany . Więc Müller odebrał nam trzem, wziął nas z powrotem do rusznikarza Zagajskiego (była to poczwara bez sumienia) i kazał nam wydać inne karabiny. Jak się wysłowił, że te ochotniki muszą mieć inną broń, bo taką toby zgnoili i szkoda im dać dobrej. Żadnego strzelania nie mogłem wykonać. Raz zmieniłem sobie karabin na strzelnicy i wystrzelałem bardzo dobrze, to zaraz mnie wziął z powrotem na stanowisko i musiałem powtórzyć strzelanie ze swego karabinu i miałem ledwo dostatecznie. Nadmienię tutaj, że z drugim żołnierzem Klausem Adamem spod Gorlic skombinowaliśmy jeden ostry nabój i na poligonie na Czechówce Klaus miał mu palnąć koło ucha i zaraz kilkoma ślepakami zapaskudzić lufę. Strzelił, jednak nie trafił z takiego karabinu. Rozległ się ostry gwizdek na „przerwij ogień”, ale biliśmy jeszcze po kilka strzałów. Za tydzień byliśmy już w KOP-ie w Wilejce. Müller był babiarzem i pijakiem, był trzy razy degradowany, ale czemu nie został usunięty z wojska tylko się znęcał nad żołnierzami, to tego nie rozumiem. Lubił tylko Kosobecka z Katowic i Stillera z poznańskiego. Ciekawy jestem jego dziejów z września 1939 roku oraz kiedy i jakie odznaczenia dostał od Hitlera? W czwartej kompanii 8 pp. leg. zagonił czterech żołnierzy. Kazek z Tarnowa dostał wybuch krwi ustami i nosem i został zabrany z ćwiczeń do szpitala. Kopek spod Gorlic padł nieprzytomny. Koczorowski z Tarnowa dostał ataku serca, a Krawiec krwotoku wewnętrznego. Kuchnia i jedzenie było pod psem w drugim batalionie. Żołnierze skarżyli się z tego, kiedy kucharze wydawali słoninę i mięso za siatkę lub wynosili i mieli kupy pieniędzy, ale gdy miała być inspekcja to dostawali powiadomienie na czasie. Dopiero w lutym przyłapano ich przy podawaniu paczki 10 kg z jednego dnia kochankom przez druty i wylano ich z kuchni. Kapitan Makowski był bardzo lubianym przez całą kompanię dowódcą. Był bardzo inteligentny i gdy całą kompanię ćwiczyliśmy to był raj, a gdy plutonem z ppor. Müllerem to nasz pierwszy pluton przychodził taki, że błoto kapało i zamiast zjeść obiad trzeba było się czyścić. Zawsze znalazł miejsce w cegielni, gdzie można się było ulepić gliną. Taki był ppor. Müller. Kapitan Makowski bardzo mnie lubił i mówił, że mam dobrą opinię. Wypytywał mnie o rodzinę, ale zawsze strzegł go Müller i nie można było z kapitanem pogadać otwarcie. Bałem się, gdyż byłem za głupi jeszcze, aby przy Müllerze wszystko opowiedzieć kapitanowi Makowskiemu.
Dnia 14 lutego zdaliśmy broń, o ile te stare graty pamiętające całą pierwszą wojnę światową można nazwać bronią. Dostaliśmy tak zwane „żelazne porcje” i na pociąg. Jechaliśmy całe popołudnie i całą noc, dopiero koło w pół do piątej nad ranem byliśmy w Wilejce Powiatowej. Oczekiwał nas tam oczywiście patrol i zaprowadził do koszar, które mieściły się zaraz za miasteczkiem w lasku niskich sosen. Miasteczko to składało się z parterowych, jednorodzinnych domków, przeważnie drewnianych. Miało oświetlenie elektryczne. Robiło wrażenie wioski czystej i postępowej. Gdy wyjeżdżaliśmy z Lublina była odwilż i ciepło, a gdy wyszliśmy z pociągu w Wilejce mróz trzymał 18-sto stopniowy, śniegu około metr, a miejscami więcej, niczym Syberia. Przygniatająco i niemile wpłynęła na mnie taka zima i krajobraz. Niziny i równiny, piachy i mokradła, porosłe w zależności od gleby olchami, karłowatymi brzozami i sosnami. Tutaj w batalionie zupełnie inaczej. Broń dostaliśmy odpowiednią. Dowódcą kompanii był porucznik Kuziel Piotr z Mszany Dolnej. Typowy góral, więc zaraz zaczęła się przyjaźń z góralami spod Bochni. Było tu bardzo wesoło, jedzenie bardzo dobre, a w sposób wyrażania się oficerów i podoficerów wysoce inteligentny. Można tu było nabrać nawet szlachetnej ogłady towarzyskiej. Po Lublinie byłem zaszokowany Wilejką. Ćwiczeń mieliśmy mało, przeważnie wykłady. Przyjechał i Łuczyński Mietek, (był w piątej drużynie), Kosebeck i Stiller. Słowem cała kompania prawie starej wiary. Ale w kompanii szkolnej było nas tylko około 40-stu z Lublina. Dowódcą batalionu był major Kuferski, twardy Polak, dobry dowódca i wychowawca. Podciągał ludzi na wysoki poziom moralny. Początkowo nocami mało sypiałem. W mojej psychice nastąpił jakiś wstrząs, przewrót. Po lubelskim piekle nie mogłem się pogodzić, że w wojsku są ludzie porządni. Myślałem dużo i stale, żebym tak miał władzę w ręku, to bym armię polską tak kazał wychowywać i takich naznaczał dowódców. Życie płynęło monotonnie, z dala od ludzi i gwaru wielkomiejskiego. Jeden wypadek i tutaj wbił się w moją pamięć, gdy pewnego ranka, w marcu przywieziono z Mołodeczna samochodem ruskiego chłopa zbiegłego na naszą stronę. Był niesamowicie wynędzniały i dzikiego wyglądu. Nogi miał okręcone jakimiś szmatami zamiast butów. Mimo, że dostał jeść, to poszedł jeszcze do beczki z niedojedzonymi porcjami, a było to zmarznięte, i rękami zaczął wybierać i jeść. W Wielki tydzień przed świętami Wielkanocnymi przeprowadzono mobilizację na pograniczu. Pozabierano konie z uprzężą i wozami chłopom, płacąc jak na te czasy bardzo wysokie ceny. Cały obszar batalionu był zawalony ludźmi czyli rezerwistami z miejsca przemundorowanymi. Las wokół strażnicy to same wozy i konie. W tym czasie naszło dopiero tu ciepłe powietrze, a śnieg gwałtownie topniał. Było to 7, 8 i 9 kwietnia, 10 i 11 były święta. W święta byliśmy całym batalionem w kościele. Nazajutrz alarm. Nastąpiło gorączkowe podniecenie. Pouzupełniano stan kompanii do bojowego stanu, potworzono plutony zwiadowców różnych oraz łączności, ckm i inne. Nie mogłem się napatrzyć uprzęży na koniach oraz pojąć jak one potrafią w ogóle ciągnąć, mając coś w rodzaju szlei, a nad karkiem grubą, drewnianą duhę. Wózki małe, nieciężkie z dwoma dyszlami, wprzęgało się w nie konia i duhe zakładało od dyszli ponad kark, przymocowując jednocześnie paskami do szlei. U nas żaden gospodarz nie potrafiłby zaprzeć konia do tego wózka w tej uprzęży. 
11 kwietnia pod osłoną nocy załadowaliśmy się na pociąg i w drogę nocą. Podniecenie było niesamowite. Widzieliśmy, że jedziemy w stronę zachodnią, a na platformach służba przeciwlotnicza w pogotowiu, wiec politykowaliśmy na temat Niemiec i Hitlera. Duch był dobry. Spodziewaliśmy się, że wiozą nas na front. Jechaliśmy nocą, a w dzień byliśmy odstawiani na boczny tor i czekaliśmy na zmierzch. Posiłki wydawano normalnie z kuchni. Na trzeci dzień jazdy, rano stanęliśmy w Żywcu i z miejsca wyładował się cały batalion. Zakwaterowani byliśmy w Żywcu. Transporty kopistów nadchodziły co dzień i zajmowały kwatery wokół Żywca.

Był 15 kwiecień, a tu kwitły już bzy. Za trzy dni po uporządkowaniu batalionu chodziliśmy na ćwiczenia i nauka w szkole naszej kompanii odbywała się normalnie. W tygodniu druga i trzecia kompania odmaszerowały do Korbielowa pod górą Pilsko. Pierwsza kompania pozostała w Żywcu do końca maja. Ćwiczeń bojowych było z każdym dniem coraz więcej oraz coraz dłuższe odbywaliśmy marsze rozpoznawcze terenu we wszystkich kierunkach. Stosunki z ludnością w Żywcu nie układały się zbyt dobrze. Ludzie patrzyli na nas nieufnie, nie wszczynali z nami rozmów. Dziewczęta natomiast stroniły od nas jak od zapowietrzonych mimo, że byliśmy już przesiąknięci duchem majora Kuferskiego i żadnych wyłamań spod dyscypliny ani wykroczeń w ogóle nie było. Za cały czas nie było ani jednego raportu karnego. Ciekawy jestem i rad bym się dowiedzieć, jak dzisiaj zachowują się obywatele z Żywca i ich córki w stosunku do Niemców?
Pod koniec maja odmaszerowaliśmy do Jeleśni, to jest mała miejscowość letniskowa na południe od Żywca. Zakwaterowani byliśmy po stodołach u chłopów. I znów ćwiczenia bojowe oraz rozpoznawanie terenu we wszystkich kierunkach. Stosunki z ludnością były bardzo dobre. Kobieciny stale płakały zebrane w grupki, gdy wychodziliśmy na ćwiczenia lub wracali z ćwiczeń. Czerwiec był bardzo zimny i deszczowy. Stale byliśmy przemoknięci. Sztab mieścił się w kawiarni w Jeleśni, a my – pierwsza kompania szkolna – byliśmy rozmieszczeni wokół. Szkolenia odbywały się podczas ćwiczeń na wymarszu. Zatrzymywaliśmy się w miejscu otwartym w dzikim ostępie i wtedy major Kuferski, a częściej porucznik Kuziel, wbijali nam w głowę taktykę wroga, nasz system obrony oraz uświadamiali nas dokładnie o położeniu w jakim się znajdujemy, a następnie co każdemu żołnierzowi wypada czynić „na wszelki wypadek" czyli w grupie bojowej lub samotnie. Słowem w każdej sytuacji, jaka tylko mogłaby zaistnieć. Dowiedziałem się, że jesteśmy batalionem do zadań specjalnych, zbliżonym do jednostki samodzielnej. Że nie spodziewa się dowództwo, abyśmy się wykrwawili w pierwszym ogniu, ale Ojczyzna może wymagać pełnego poświęcenia od nas w ratowaniu odcinków zagrożonych. Pułkownik Gaładyk odwiedził nas dwukrotnie i sam powiedział, że uważa, iż może na nas polegać oraz że każdemu z nas daje w tornister szlify generała. Wyjaśniono nam, że będziemy mieć do czynienia z wrogiem przeważającym liczebnie, uzbrojonym po zęby, mającym miażdżącą przewagę w broni maszynowej, w artylerii, lotnictwie i broni pancernej. Taktyka, jaką mieliśmy zachować w walce i wpajać wojsku to przede wszystkim ryć się dobrze w ziemię, a łopatki nawet za chleb w czasie głodu nie odstępować. Nie bać się przede wszystkim, stale mieć zimną krew, dalej wyszukiwać i celnie niszczyć stanowiska broni maszynowej. Następnie że czołg ma swoje czułe miejsca, a więc wiązka granatów pod gąsienice lub na czołg, bagnetem pokrywę podważyć i granat do środka, a strzelać celnie w otwór w pancerzu, gdzie wystaje lufa karabinu maszynowego. Grzać w ten karabin, a pociski dosięgną strzelca, a potem i innych z załogi. Artyleria nie jest tak straszna, jeżeli okopy porobi się głębokie i porządne odbiegi zygzakiem idące. Więc w nich żołnierz może i silny ogień przetrzymać pamiętając, że dwa pociski w to samo miejsce nie uderzą nigdy, czyli gdzie jeden wyrwie lej to drugi w ten sam lej już nie wpadnie. Dalej, że należy robić wypady i niszczyć posterunki obserwacyjne naprowadzające ogień artylerii. To tak jakbyś armacie oczy wybił. A przed lotnikiem trzeba się dobrze maskować Wykłady, a przede wszystkim ćwiczenia bojowe trwały do zmroku od piątej godziny rano tj. od pobudki byliśmy stale na nogach bez wytchnienia. Przerabiałem także pierwszą i drugą klasę gimnazjalną na kursach maturalnych. Egzamin zdałem na dostatecznie. Starałem się już o skrypty na rok następny, aby przerobić trzecią i czwartą klasę. Było to ponad ludzkie siły i tak zmizerniałem i wynędzniałam, że ledwie się na nogach trzymałem. Lekarz wysłał mnie do Krakowa do szpitala. Lecz byłem tam tylko dwa dni. Jak mi lekarka zaczęła sondę żołądka robić oraz pobierać próbki pokarmu, to grzecznie poprosiłem o natychmiastowe wysłanie mnie do kompanii. Przecież byłbym się skończył przy tym. Byłem oburzony do głębi dlatego, że każdy musiał widzieć, że ledwie stałem na nogach i słabe miałem serce, więc zamiast mnie odżywić trochę, a potem badać to mnie chyba chcieli skończyć zaczynając takie okropne badania na człowieku, który był już prawie gotów. Trzeciego dnia zameldowałem się w kompanii i zaraz na ćwiczenia. Byłem przygotowany, że się skończę, ale dwie kobiety z Jeleśni, gdzie kwaterowałem, zaczęły mi podawać świeże mleko i jajka, więc trochę przychodziłem do siebie. 

Czy ciąg dalszy nastapi? Zależy od Waszej oceny i chęci czytania tego obszernego wspomnienia.

 

 


 

5
Oceń (4 głosów)

 

 

Wspomnienia żołnierza batalionu KOP - opinie i komentarze

al-Muellal-Muell
+2
Każdy tekst wspomnieniowy jest wart publikacji. A zatem: więcej! (2017-01-08 20:13)
ArturSzArturSz
+1
Ja należę do tych "czytających" i ceniących słowo pisane - jeśli będziesz mógł - wrzuć kolejną część. Tzw "baon Kuferski" we wrzesniu 1939 pośrednio brał udział w bitwie pod Jordanowem ( 10 BK). Natomiast poza informacjami monograficznymi chyba trudno o nim poczytać szczególnie gdy mowa o relacjach żołnierzy tego baonu. (2017-01-10 08:41)
Maly RomanMaly Roman
+2
Będzie następna część wspomnień. (2017-01-16 12:41)

skomentuj ten artykuł