Walczyli nie tylko o swoje życie!

/ 7 komentarzy

<…> Przyłączyła się do nich grupa czterech sanitariuszy, którzy zdołali ujść z życiem z rosyjskiego napadu na punkt opatrunkowy. Mężczyźni ci znajdowali się w katastrofalnym stanie, prezentując zaburzenia zachowania co wskazywało na przeżycie przez nich skrajnych doznań psychicznych. Sierżant chcący się dowiedzieć, skąd oni pochodzą i co zaszło, w odpowiedzi usłyszał jedynie niezborny potok słów i zdenerwowany oddał ich w ręce sanitariusza mówiąc: „Pigularzu, zatroszcz się o swoich kolegów. Po tym, jak się zachowują, wnoszę, że ujrzeli Ducha Świętego. Teraz jest im potrzebny łyk czegoś mocniejszego oraz klepnięcie w kark. Spróbuj z nimi po dobremu jak matka. Może powiedzą ci, co się stało', I rzeczywiście odrobina jedzenia i alkoholu uspokoiły ich. Jednak ich opowieść wywoływała ciarki na plecach słuchaczy oraz zwiększała znacznie strach przed dostaniem się do sowieckiej niewoli.

Nie wszyscy ranni znaleźli miejsca w pociągu opuszczającym okrążenie. Szczególnie beznadziejnie chorzy pozostali w punkcie opatrunkowym pod opieką lekarza i siedmiu sanitariuszy. Aby zasygnalizować swoją bezbronność, wywiesili białą flagę oraz flagę Czerwonego Krzyża, zaś broń demonstracyjnie zgromadzili w jednym, dobrze widocznym miejscu przed namiotem. Punkt opatrunkowy zajęła jednostka mongolska. Co i raz kryjąc się, żołnierze ci obstawili cały plac i zażądali od niemieckich żołnierzy wyjścia z podniesionymi rękoma. Dwóch sanitariuszy wyszło przed namiot operacyjny. Z pomocą rozmówek rosyjskich przeznaczonych
specjalnie dla żołnierzy na froncie wschodnim sklecili kilka stów i zawołali do Rosjan: „Nie posiadamy broni, tutaj są tylko ranni. Poddajemy się Armii Sowieckiej. Wrzeszcząc niezrozumiale, trzymając broń w pogotowiu, podeszli Mongołowie bliżej. Obaj drżący Niemcy z podniesionymi do góry głowami oczekiwali konfrontacji z Azjatami. Już pierwszy z nich zaczął wrzeszczeć jakiś rozkaz, zupełnie niezrozumiały dla sanitariuszy. Nie minęły sekundy, gdy Sowiet bez uprzedzenia błyskawicznie zdzielił kolbą w twarz jednego z żołnierzy. Żołnierz skurczył się z jękiem, z rozbitego nosa oraz przeciętych warg pomiędzy przyciśniętymi do twarzy palcami popłynęła krew. Azjata krzyczał dalej i zaczął deptać leżącego żołnierza. Oczywiście nie nastąpiło to, czego on by oczekiwał. Nagle cofnął się krok do tyłu, wycelował swoją pepeszę w kierunku wijącego się z bólu żołnierza i wypalił całą serię w jego tułów; żołnierz po kilku drgawkach znieruchomiał. Trafiony jeszcze próbował znaleźć rękoma jakiś punkt podparcia, lecz jego dłonie przeciąwszy próżnię z impetem uderzyły o ziemię; wraz z kolejnymi falami krwi uchodziło z niego życie. W tym momencie, aby zobaczyć, co się dzieje, przed namiot operacyjny wyszli lekarz ubrany w pomazany krwią fartuch oraz sanitariusz. To odwróciło uwagę strzelca, podczas gdy czterej inni Sowieci przystąpili do Niemców i wrzeszcząc niezrozumiałe rozkazy, poszturchując bronią, wepchnęli ich do namiotu. Na stole operacyjnym leżał żołnierz z widoczną, ciężką raną głowy, którego po skończonej operacji opatrywał sanitariusz. Jeden z Sowietów odepchnął na bok sanitariusza i wyciągnąwszy z cholewy buta nóż wbił go pomiędzy żebra w serce rannego. Po wykonaniu dwóch, trzech obrotów nożem w ranie wyciągnął go z powrotem. Zszokowani Niemcy przypatrywali się tej scenie, przeczuwając dobrze, co ich czeka. Wepchnięto ich do sąsiedniego namiotu, gdzie przebywali po operacji ciężko ranni żołnierze. Mongolski sierżant odsunął na bok lekarza próbującego rękami i nogami nakłonić go do oszczędzenia rannych. Wskazując ręką rannych swoim żołnierzom, wydał polecenie: „Poderżnijcie im gardła jak owcom'. Niemieckim żołnierzom przeszły ciarki po plecach, gdy zobaczyli diabelski błysk w oku obu mongolskich żołnierzy na dźwięk powyższych słów: Musieli być to doświadczeni gospodarze i rzeźnicy, bowiem wyciągnąwszy zza cholew pochodzące prawdopodobnie z ich rodzinnych stron noże z mistrzostwem przystąpili do dzieła. Ostre jak brzytwy noże były idealnymi narzędziami do dokonania tego apokaliptycznego czynu. Nie okazując najmniejszego poruszenia, podeszli do łóżek rannych żołnierzy. Wyćwiczonym ruchem ręki odginali im głowy ku tyłowi, wbijając energicznie swe noże w szyje bezbronnych istot. Ostre noże tak łatwo wchodziły w ciało, że pośród tryskającej krwi widoczne były kręgi kręgosłupa. Mongołowie działali szybko i rutynowo, przemieniając po kilku minutach namiot rannych w jatkę. Na łożach ze słomy i koców drżały w agonii ciała zarżniętych żołnierzy. Lekarz przyzwyczajony do najstraszniejszych widoków podczas wojny, teraz miał twarz żółtawo-zieloną i nie mógł się utrzymać na nogach. Mongolski sierżant uderzył lekarza okutą kolbą w twarz. Z cichym trzaskiem jak zapałka pękła kość nosowa trafionego żołnierza, z twarzy jego trysnęła krew, brudząc czubki butów Rosjanina. „Popatrz na moje buty, ty stara świnio' - krzyknął sierżant, chwytając w biegu swój karabin maszynowy i wymierzając lekarzowi cios ciężką kolbą w głowę. Trzask podobny do dźwięku pękającego dojrzałego melona zasygnalizował złamanie kości czaszki. Następne dwa - trzy celne uderzenia metalowym zamkiem zadały śmiertelne rany leżącemu na ziemi lekarzowi. Oniemiali z grozy sanitariusze zgromadzili się w jednym z kątów namiotu. Jednego z nich sierżant przyciągnął do siebie i wytarł połą jego munduru zabrudzony krwią zamek karabinu.



„Oni chcą nas zarżnąć tak jak rannych' - wyszeptał on przez zęby do swych kolegów. „W każdym razie jesteśmy skazani na śmierć. Jestem za tym, aby przy najbliższej sposobności uciec i spróbować przyłączyć się do naszych. Nie mogą oni być daleko stąd'. „Masz rację' - odpowiedział jego sąsiad. „Zabiję Rosjanina, następnie przebiegniemy przez namiot operacyjny, przeskoczymy dół na odpadki i wskoczymy w gęstwinę. Będziemy biec tak długo, aż będziemy bezpieczni, każdy odpowiada sam za siebie i na własną rękę próbuje znaleźć kontakt z naszymi”. Jeden z sanitariuszy błyskawicznie wyciągnął z cholewy sztylet, skoczył jak tygrys za plecy strażnika pociągając jego hełm za przedni brzeg do tyłu i przyduszając go jego własnym rzemieniem, odciągnął go z pola widzenia towarzyszy w kąt namiotu operacyjnego. W następnym momencie sztylet sanitariusza z anatomiczną precyzją został wbity wprawą nerkę Rosjanina i dwu- lub trzykrotnie przekręcony w ranie. Rosjanin zamarł pod wpływem niewyobrażalnie bolesnej kolki nerkowej. Jego głuchy jęk został stłumiony przez Niemca, który przycisnąwszy go do ziemi zakrył mu usta dłonią. Pozostali sanitariusze przebiegli już namiot i byli na jego tyłach, gdy nagle okrzyk boleści śmiertelnie rannego Sowietę zwrócił uwagę jego towarzyszy. Rozległ się huk karabinów maszynowych, pociski przeszyły płótno żaglowe namiotu, obalając ostatniego sanitariusza biegnącego ze sztyletem w ręku. Inni zgodnie z umową pobiegli dalej, przeskakując nad dołem zawierającym pooperacyjne odpady. Z mieszaniny tkanek i krwi wystawały surrealistycznie amputowane członki ciał. Przedostatni uciekający sanitariusz podczas skoku zawisł na lince namiotu i spadł jak długi do wnętrza dołu. Następny szczęśliwie dotarł na drugi brzeg. Po krótkiej zwłoce podał swym kolegom rękę. Szybki chwyt i już pokryty krwią stał na brzegu dołu, gdy seria z rosyjskiego karabinu trafiła go w plecy. Gwiżdżące złowrogo pociski, których tor lotu zmieniło ciało kolegi, minęły rzucającego się z tyłu w trawę sanitariusza. Podczas gdy ocalony Niemiec, pełznąc jak wąż, przemierzał poszycie leśne, sowieckie kule siekły znajdujące się ponad nim gałęzie i drobne gałązki. Na prawo od siebie zauważył biegnących kolegów, stoczył się w podłużne zagłębienie terenu, następnie zgarbiony pobiegł i dołączył do swych towarzyszy.

Doświadczeni wojacy starali się być w posiadaniu małego kompasu, który zawsze nosili w kieszeni, aby w przypadku rozproszenia mogli łatwo znaleźć orientację. Także jeden z sanitariuszy miał taki kompas, który miał im wszystkim uratować teraz życie. Przez dwa dni podążali za wycofującymi się oddziałami niemieckimi, schodząc z drogi przeciwnikowi, aż znowu natknęli się na swoich kompanów <…>

(Snajper na froncie wschodnim)

 


 

4.8
Oceń (13 głosów)

 

 

Walczyli nie tylko o swoje życie! - opinie i komentarze

czaczannczaczann
0
Straszne ale wojna rzadzi sie swoimi prawami.Czasem wszystkie ustalenia pokojowe biora w leb.Byc moze wczesniej ci rosyjscy zolnierze widzieli ciala swoich zolnierzy traktowane podobnie.Nie probuje ich usprawiedliwiac.To niemcy maja powiedzenie: krieg dem krieg (2012-05-02 00:00)
użytkownik5257użytkownik5257
0
Wstrząsające, zastanawiam się tylko jak ci wszyscy niemieccy żołnierze wcześniej "opiekowali się" sowieckimi rannymi wziętymi do niewoli ? Najczęsciej Niemcy palili rannych żywcem oblewając ich benzyną. Ot cóz jest takie powiedzenie : kto sieje wiatr , ten zbiera burze. (2012-05-02 00:00)
Otto Hans von DiebnerOtto Hans von Diebner
0
Jeśli chodzi o opiekę nad rannymi to niemieckie służby medyczne do 1940 roku ZAZWYCZAJ wypełniały postanowienia Konwencji Genewskiej odnośnie traktowania i postępowania z rannymi. Przypomnę, że zgodnie z nią poszkodowani powinni być traktowani humanitarnie i pielęgnowani bez różnicy na narodowość. Jednak nie oszukujmy się, zdrowie własnych kompanów było, jest i zawsze będzie najważniejsze. Apogeum wynaturzeń to właśnie front wschodni. Agresja budzi agresję, tak jak kolega napisał. Na froncie wschodnim działy się dantejskie sceny, których nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić. Namiastkę tego dają nam wspomnienia żołnierzy walczących po obu stronach na froncie wschodnim. Tu przestawały obowiązywać ustanowione reguły. To była wojna na wyniszczenie. Obie strony względem siebie były bezwzględne. Nie patyczkowano się z jeńcami. Stąd takie zachowania. Wręcz polowano na personel medyczny. Punkty opatrunkowe, szpitale polowe pękały w szwach, służby sanitarne nie nadążały ze swoimi rannymi, nie mówiąc już o jeńcach, których wykańczały i tak jednostki nacierające (chyba, że był to jeniec ważny z punktu widzenia taktycznego i utrzymanie przy życiu było warunkiem pozyskania informacji). Co ciekawe jak do tej pory nie słyszałem dopuszczenia się zbrodni przez jakąkolwiek jednostkę medyczną na froncie. O odmówieniu pomocy owszem, ale nie o zbrodni. Oczywiście pomijam tu pseudomedyczne eksperymenty pseudolekarzy. pozdrawiam (2012-05-02 00:00)
Slajmi130Slajmi130
0
Wojna jest brudna z każdej strony, (2012-05-03 00:00)
MadrytaMadryta
0
Wniosek nasuwa mi się jeden, nigdy biała flaga...
(2012-05-08 00:00)
andrzej tymandrzej tym
0

Raczej walczyli tylko o swoje życie. Po przełamaniu niemieckiej obrony na Dnieprze przewaga sowiecka była tak przytłaczajaca, że oddziały niemieckie nie miały możliwości realnego wplywu na przebieg operacji. Front soiecki na kierunku berlińskim decydującym o czasie trwania wojny byl zatrzymywany celem przedluzenia wojny. Dowództwa sowieckie zachowywały się tak jak by ukrycie przewagi było ważniejsze od likwidacji oporu niemieckiego. Formalna miara zaciekłosci walk była ilość nadanych orderów a nadawanie orderów bylo najczęściej uzasadniane ilością "ubitych" germanców. Jako mały 7 letni chłopiec byłem świadkiem ataku sowieckiej kompanii uzbrojonej w karabiny ze sztykami na płonące kamienice w Lublinie, w których ukryło sie kilku Niemców. Schowali się w podziemiach i wyszli dopiero po 2 tygodniach. Sowiecka kompania pobiegła jakby rojem po uliczce szerokości ok 10m pomiedzy kamienicami. Dowódca stał przy armacie w odleglosci ok 200 m od płonacych kamienic. Po upływie krótkiego czasu jakby zaniepokojony przywolał kilku uzbrojonych w pepesze i na jego znak obwieszeni zapasowymi magazynkami i granatami pobiegli za poprzednikami. Następnie po krótkim czasie wysłał dwu następnych z pepeszami. Wtedy złapała mnie matka i zabrała z bramy.

Obserwowane wydarzenie trudno mi sobie wytłumaczyć inaczej jak wysłaniem uzbrojonych w pepesze jako drugiego rzutu "natarcia" celem nakłaniania uzbrojonych w karabiny być może żołnierzy karnej kompanii do bohaterstwa. Przypuszczać mozna, że ten drugi i następny "rzut" miał uprawnienia NDWDzistów i mogli ewentualnie mordować swych rodaków jako winowajców, tchórzy lub zdrajców. Mogli się do tego przystosować ale przypuszczalnie Niemców mordowali by chetniej. Atak gromady z karabinami na zniszczone kamienice wykazywał raczej brak zainteresowania rozpoznaniem, czy wogóle tam są Niemcy i czy się bronią.

Obrona Lublina ze strony Niemców była zaplanowana jeszcze bardziej idiotycznie i najwyraźniej politycznie jako pretekst do walk niszczacych na terenie obozu pracy dla Żydów i koncentracyjnego dla innych więźniów na Majdanku. W formalnie bardzo krytycznej sytuacji gdy linia Wisły chyba ze wzgledow propagandowych wogóle nie była przygotowana do obrony a próby zatrzymania ruchu a wlaściwie marszu frontu sowieckiego znad Bugu kończyły sie tylko hukiem. (W Zawieprzycach nad Wieprzem sowieci wymordowali batalion Ukraińców, który razem z oddziałami niemieckimi kilka dni wcześniej skierowany był do likwidacji partyzantów w lasach parczewskich Cała przeciwpartyzancka ekspedycja poddała sie bez walki jednemu zepsutemu czołgowi sowieckiemu).W Lublinie Niemcy realizowali zarzadzenie opracowane wbrew formalnej propagandzie już w 1943r jak będą oddawać zniszczony wcześniej Lublin sowietom. Formalnie do obrony przeznaczonych bylo 4300 żołnierzy ipolicjantów, 47 czołgów i samobieżnych armat oraz ok 200 artylerii. Na centralny plac w środmieściu zwożona była amunicja artyleryjska i miny celem wysadzenia w powietrze śródmieścia (jako jednego z 22 "obiektów") a właściwie kilku budynków kosztem straty amunicji i min przeciwczołgowych bardzo deficytowych. (inne "obiekty" to mostki, elektrownia, gazownia, cukrownia, szpital wojskwoy itp) Coś takiego mogł chyba planować jakiś kacyk z Gestapo lub SS na Majdanku.

Ze strony sowieckiej znad Buga maszerowała armia 410tysieczna w 42 dywizjach, kilku korpusach, II Armia Pancerna z 1600czołgami i sowieci posiadali ponad 1500 samolotów, z których latały niemal same kukuruźniki.

Niemiecki dca gen Mozer zdawał sobie sprawę z braku mozliwości celowej walki ale chyba nie wiedział jak przytlaczająca jest przewaga sowiecka. Rozlokował swoje "siły" za prawym brzegiem rzeczki Bystrzycy i po nawiązaniu kontaktu z sowieckimi czołgami próbował przebić sie w kierunku Wisły ale sowieci juz i z tyłu byli silniejsi. Walki ograniczyly się właściwie do wstępnych rozpoznań i ocenione zostały przez najwyższe sowieckie dowództwo jako bardzo ciężkie, czego oczywistą miarą była ilość orderów. Dowódca IIArmii Pancernej gen Bogdanow w ramach protestu przeciwko powolności i ograniczeniu natarcia udał się do jakoby ufortyfikowanego śródmiescia willisem. Został ranny ale nie byl za to karany.

Nie sądzę żeby niemieccy jeńcy byli mordowani głównie z powodu azjatyckiego pochodzenia morderców

O co mogli walczyć Niemcy np w czasie szturmu Berlina gdy Stalin wybierał do tego szturmu jednostki wojskowe w ramach ich nagradzania.

(2012-05-14 00:00)
Otto Hans von DiebnerOtto Hans von Diebner
0
Zapraszam serdecznie do dyskusji: https://www.facebook.com/pages/The-German-Army-Medical-Corps-in-WWII/345033205614140 (2013-04-04 00:00)

skomentuj ten artykuł