W trzewikach na Strefę Militarną

/ 4 komentarzy / 21 zdjęć


Pomysł dotarcia na Strefę Militarną pieszo narodził się w roku 2013, kiedy to po samotnej, 70- kilometrowej wycieczce Michałowi udało się dojechać do Podrzecza rowerem stylizowanym na przedwojennego Łucznika. Wówczas, w rozmowie ktoś rzucił hasło, że aby było trudniej, w przyszłym roku trzeba pomyśleć nad pieszą wędrówką.

Rok temu dwóch przedstawicieli Drużyny Tradycji 70 Pułku Piechoty postanowiło wcielić ten pomysł w życie. Jak już niestety wiadomo, tamten marsz okazał się być zbyt dużym wyzwaniem na nasze siły (lub stopy). Nie dość, że zboczyliśmy z trasy kilka kilometrów, to jeszcze pęcherze dały o sobie znać tak mocno, że dalsze kontynuowanie wędrówki kosztowało nas zbyt wiele bólu. Koniec końców na Strefę Militarną dojechaliśmy PKS-em. Inicjatywa jednak nie umarła….


W myśl hasła „co cie nie zabije, to cię wzmocni”, w tym roku z większym zapałem postanowiliśmy osiągnąć nasz cel. Pomysł przejścia kilkudziesięciu kilometrów w żołnierskich trzewikach zyskiwał coraz więcej zwolenników, nie tylko w DT70PP. Specjalnie z Nowego Tomyśla swój przyjazd do Pleszewa zapowiedziało dwóch piechurów z Towarzystwa Działań Historycznych im. Feliksa Pięty, w barwach 57 Pułku Piechoty Karola II Króla Rumunii.

Niestety im bliżej Strefy, tym więcej niespodziewanych problemów pojawiało się przed każdym z nas. Z początkowej liczby sześciu piechurów, nasza liczebność spadła do czterech: Adrian (57pp), Kacper (70pp), Michał (70pp) i Sławek (70pp)

Wymarsz z Kowalewa (mała miejscowość pod Pleszewem)zaplanowaliśmy na godzinę 4:00, w środę 8.07. Przechodząca nad naszymi głowami burza zmusiła nas jednak do odczekania kilku minut. Ostatecznie wyruszyliśmy o znamiennej godzinie 4:45.

Pierwszym punktem kontrolnym miała być Dobrzyca, oddalona od naszej „bazy wypadowej” o 10 km. Między Kowalewem, a Fabianowem zrobiliśmy krótki postój, w celu sprawdzenia komfortu stóp, nałożenia dodatkowych plastrów itp. Już wtedy było wiadomo, że lekko nie będzie. Ostatecznie pęcherze i nierozchodzone buty zrobiły swoje. Do godziny 7:05 i planowanego postoju w Dobrzycy, straty naszego oddziału wynosiły 50%. Dalszy marsz kontynuowali Adrian i Michał.


O godzinie 8:32 nałożyliśmy ponownie trzewiki na stopy i ruszyliśmy dalej, w kierunku Koźmina Wielkopolskiego. Po jakichś siedmiu kilometrach zrobiliśmy sobie kolejny postój. Zadziwiające jak szybko czas potrafi płynąc, gdy zależy nam na czasie, bo chwilowe siedzenie na trawie, bez zdejmowania butów zajęło nam aż pół godziny. Po ponownym podjęciu wędrówki okazało się, że Michał najprawdopodobniej naciągnął sobie ścięgna w okolicach kolan. Rozpoczęło się lekkie kuśtykanie…

Do Koźmina dotarliśmy o godzinie 11:44. W nagrodę za przejście 20 kilometrów, na rynku zamówiliśmy sobie duże lody włoskie. Przy okazji pani ekspedientka zapytała nas czy przyszliśmy po nowe zadania. Chyba trafiliśmy na jakąś grę miejską.

Przejście 20 kilometrów w trzewikach odcisnęło swoje piętno na naszych stopach, więc postanowiliśmy udać się do parku miejskiego i nieco odsapnąć. Nie zdążyliśmy dobrze rozłożyć się na trawie, a dopadła nas ulewa. Plus całego zajścia był taki, że tak czy inaczej mieliśmy postój. Gorzej, gdyby taka niespodzianka wyszła w trakcie marszu.

Koniec przerwy i dalszy marsz wznowiliśmy o godzinie 14:30. Nogi Michała zdążyły w międzyczasie niemal kompletnie odmówić posłuszeństwa. Postanowiliśmy podobnie jak w zeszłym roku spróbować przenocować w Borzęciczkach oddalonych od Koźmina o 7,5km. Biorąc pod uwagę nabytą kontuzję, tempo marszu znacznie spadło i nieśmiało na horyzoncie zaczęło się pokazywać widmo kolejnej ofiary. W okolicach miejscowości Gałązki (ok. 4 km za Koźminem) Adrian wpadł na pomysł, że może warto spróbować poprosić o jakieś tabletki przeciwbólowe od miejscowych gospodarzy. Jak pomyślał, tak zrobił (dzięki Ci wielkie!!!) i czy to faktycznie tabletki zaskoczyły, czy to efekt placebo, ból trochę ustąpił i w okolicach godziny 18:00 dotarliśmy do Borzęciczek. Tam, podobnie jak w zeszłym roku udaliśmy się do pani dyrektor miejscowego ośrodka szkolno- wychowawczego i dzięki niej, również w tym roku nie dość, że mogliśmy cieszyć się z noclegu pod dachem, to jeszcze w pałacu!

Tak minął nam pierwszy dzień wędrówki. O ile straty faktycznie były spore, to apetyt na dalszą część marszu był duży.

Z pałacu w Borzęciczkach wyruszyliśmy następnego dnia o godzinie 6:17. Z lekka wolnym, ale w miarę równym krokiem, bez większych postojów przeszliśmy około 15 kilometrów, aż około 10:00 dotarliśmy do miejscowości Zalesie. Tam postanowiliśmy dać odpocząć stopom i urządzić sobie śniadanie. Najbardziej do tego celu dogodnym miejscem, które mijaliśmy było sąsiedztwo tamtejszej remizy OSP. Była to niewielka, trawiasta łączka, leżąca przy drodze- w sam raz na odpoczynek. Nie zdążyliśmy dokładnie

odwiązać butów, a już obok nas zatrzymał się samochód, z którego wysiadł nieznajomy nam mężczyzna i powitał nas słowami:

-A kim wy jesteście?! Co wy tu robicie?!

Z lekka wystraszeni, że weszliśmy na czyjąś posesję wyjaśniliśmy, że jesteśmy rekonstruktorami i idziemy właśnie na Strefę Militarną. Nie minęła minuta rozmowy, gdy okazało się, że ów pan jest lokalnym komendantem OSP, który na dodatek zaprosił nas na zwiedzanie remizy i już gotował nam wodę na herbatę. Po chwili zwiedzania padło również pytanie:

-To co, może napijecie się czegoś mocniejszego?

Prawdę mówiąc niewyspani i zmęczeni mieliśmy pewne obawy co do tego jak może później przebiegać dalszy marsz, jednak asertywność zeszła tu na dalszy plan. „Coś mocniejszego” okazało się być szczerym drinkiem złożonym z 2/3 szklanki wódki, z domieszką coli. Kopało, ale mogło się okazać, że to dobre lekarstwo na mieszaninę potu i wszechobecnego wiatru.

W Zalesiu spędziliśmy w sumie około dwóch godzin, ponieważ chwilę po poderwaniu się do dalszej drogi, znowu złapał nas deszcz.

Po czterdziestu minutach marszu w to słabnącym, to przybierającym na sile deszczu, dopadła nas konkretna ulewa. Przeczekaliśmy ją na polnej drodze przykryci pałatkami.

Dotarłszy do miejscowości Strzelce Wielkie, ktoś zza płotu zaczął coś do nas krzyczeć. Niewiele słyszeliśmy, ale po chwili tajemniczy nieznajomy podbiegł do nas i zapytał:-To Wy mieliście iść piechotą?

Okazało się, że to kolega z branży reprezentujący GRH Kurica (serdeczne
pozdrowienia dla kolegi)

Im bliżej Podrzecza, tym morale coraz bardziej rosło. O ile każdy kilometr był wyzwaniem, to jednak byliśmy świadomi, że nasz cel jest w zasięgu i musiałoby się zdarzyć coś niespodziewanego, żeby nas powstrzymać.

Jedną z takich niespodziewanych rzeczy był chodnik w Grabonogu- cały wyłożony asfaltem. Przez cała drogę staraliśmy się iść po czymkolwiek, byle nie po asfalcie, który jest bezlitosny dla stóp w trzewikach. Trawa, nawet rosnąca w krzywych kępach jest miękka i nie robi takiego spustoszenia w butach, jak któreś z kolei nadepnięcie na asfalt.

Była to nieprzyjemna niespodzianka, jednak w perspektywie dwóch kilometrów widniała upragniona meta.

Naostatniej prostej, na wiecznym błocie między budynkami gospodarczymi, a parkiem Adrian podsumował dotychczasowy marsz:

-Blisko coś. Ja bym mógł iść jeszcze.


I mimo wszystko obaj myśleliśmy tak samo, bo im większa odległość, tym więcej zabawy i lepsza możliwość sprawdzenia swoich sił, zwłaszcza, że godzina była jeszcze młoda (15:30).

Co prawda nogi bolą nas jeszcze dzisiaj, ale nieśmiało myślimy o przyszłorocznym sezonie i tym jak można sobie podnieść poprzeczkę :)



Trochę danych:

Pełna długość trasy: 55,7 km

Trasa pokonana 1-go dnia: 29,7 km
Czas przeznaczony na przerwę 1-go dnia: 5 godzin

Trasa pokonana 2-go dnia: 26 km
Czas przeznaczony na przerwę 2-go dnia: 3 godziny

Autorzy:

Adrian Pawelski (Towarzystwo Działań Historycznych im. Feliksa Pięty, w
barwach 57 Pułku Piechoty Karola II Króla Rumunii.)

Michał Kurka (Drużyna Tradycji 70 Pułku Piechoty)




PS.
Adriana jest trochę mało na zdjęciach, bo właściwie to on robił
zdjęcia.

 


 

5
Oceń (3 głosów)

 

 

W trzewikach na Strefę Militarną - opinie i komentarze

MisiolaMisiola
0
brawo za wytrwałość:) (2015-07-19 00:00)
al-Muellal-Muell
0
Oj, znam ten ból - na 2. Marszu Zaślubin niemal cała trasa wiodła po asfalcie lub kostce - mimo że w oficerkach chodziłem nawet w góry, nogi dawały osobie znać jeszcze długo po zakończeniu imprezy. Miło przeczytać, że są jeszcze inni masochiści, którym chce się poczuć choć część trudów, które 70 lat temu były codziennością żołnierzy. No i miło poczytać o znajomych miejscach. (2015-07-20 00:00)
canti80canti80
0
... najgorsze były pierwsze km i chęć odfajkowania pierwszego celu;) (2015-07-26 00:00)
WaldyWaldy
0
Niezły wyczyn! A do tego, po przejściu ponad 50 km, Adrian pomagał ustawiać nam namiot :) Dzięki wielkie! (2015-07-28 00:00)

skomentuj ten artykuł