Vierdaagse Nijmegen 2019

/ 4 komentarzy / 12 zdjęć


Wokół tłum – głównie ludzie, którzy, tak jak ja, czekają w tej kolejce. Choć jeszcze nie ma czwartej rano, cały Julianapark pełen jest ludzi. Jeszcze przemówienia oficjeli, odliczanie i w powietrze leci konfetti. Po bokach ktoś odpala race. Kolejka rusza naprzód. Jeszcze chwila i pani z obsługi skanuje moją opaskę, mogę ruszać. Na trasie, mimo wczesnej pory, mnóstwo ludzi. Niektórzy dosłownie powchodzili na miejskie latarnie aby tylko życzyć uczestnikom „veel succes!” Skręcamy na północ w kierunku mostu nad rzeką Waal...

Od kilku już lat chodziła za mną idea wzięcia udziału w największej i najstarszej chyba imprezie marszowej świata, jaką jest organizowany od 1909r. w okolicach holenderskiego Nijmegen marsz czterodniowy, zwany po prostu „de Vierdaagse”. Nie odstraszał mnie nawet specjalnie fakt, że jedyny dystans na jaki pozwala mi przedział wiekowy to 200 km, większym problemem były koszty i skomplikowane procedury. W końcu jednak dwa lata temu podjąłem decyzję – teraz albo nigdy...

Wspominałem już o skomplikowanych procedurach wstępnych? Zapisać się można bardzo łatwo. Ot, kilka kliknięć i gotowe. Niestety, co roku jest „tylko” około 47 000 miejsc, zaś chętnych – nierzadko ponad 50 000. Pierwszeństwo zapisu mają osoby, które już kiedyś marsz ukończyły, grupy wojskowe, wojskowi startujący indywidualnie, grupy cywilne... Reszta miejsc (nie udało mi się ustalić jak duża, ale raczej znacznie mniej imponująca) jest przydzielana w wyniku losowania. Z moim fartem – zero szans. Na szczęście jest haczyk – osoby, które zostały odrzucone w losowaniu dwa lata z rzędu mają miejsce zagwarantowane, jeśli zgłoszą się w roku kolejnym.

Zatem... Dwa lata od „teraz albo nigdy”. Wezwanie do zapłaty wpisowego. Zrobione. Załatwić nocleg – na szczęście można nocować u gościnnych rodzin, co pozwala zaoszczędzić trochę pieniędzy. Nocleg jest. Teraz transport. Jest. Jedzenie do końca miesiąca? Cóż, chyba przejdę na freeganizm.

Ale OK, treningi, oczekiwanie, wątpliwości, drukowanie papierów i w końcu jadę. Mimo czterech godzin spóźnienia rejestruję sie bez problemu w ciągu dziesięciu minut od przyjazdu. Dostaję opaskę, kartę kontrolną na pierwszy dzień i zamówione etui na nią, ze smyczą. Kilka godzin na spacer po mieście, zorientowanie się co gdzie jest i ruszam na nocleg. 3,4km, co to dla mnie? Komu potrzeby rower? Rowery są dla... no. Do tego wynajęcie na cztery dni kosztuje więcej niż mam w portfelu, a i tak już wolnych rowerów brak. Mój gospodarz, Max okazał się bardzo gościnnym i przyjaznym człowiekiem. Lubi piwo i cygaretki. Zawodowo zajmuje sie kontaktem z duchami, uczył się od najlepszych czarowników z Beninu. Nie opłaciłem obiadu, ale oczywiście go dostaję. I piwo do tego. I kolejne. Poznaję też „współtowarzysza niedoli”, Wima, dla którego to druga próba. Ostatnim razem pokonały go pęcherze na stopach. To od niego dowiaduję się, ze przez cztery dni jakieś 97% podłoża to asfalt, beton i dziwaczna kostka brukowa. No, OK, buty dość nowe, podeszwy jeszcze grube, wkładka dobra, damy radę. Po kolejnych dwu piwach idziemy spać przed 21.

O 2:00 – budzik. Szybki prysznic, śniadanie, herbata i kanapki na drogę i ruszam 3,4km do Parku. Trasa początkowo wiedzie przez miasto, później obrzeża. Mijamy pierwszych handlarzy napojami i owocami, kolejnych ludzi życzących powodzenia... Gdy wkraczamy do pierwszego miasteczka – wciąż przed świtem – ludzie witają nas tak, jak chyba 75 lat temu witali wkraczające wojska alianckie. Dzieci częstują słodyczami i przekąskami, dorośli wodą i innymi napojami, wszędzie brawa, gra muzyka. W centrum Orkiestra dęta, na trybunie honorowej oficjele z burmistrzem na czele, który, zależnie od miejscowości albo robi kabaret, albo ściska ręce i wręcza upominki maszerującym... Zahaczamy nawet o południowe granice Arnhem. Jedyny problem pierwszego dnia to dość monotonny krajobraz. Ale jest OK, w końcu docieram do mety, oddaję kartę, dostaję nową i sprawdzam czas. 9 godzin. Nieźle jak na 52 km. Pęcherzy brak. Łydki bolą jak cholera, ale po kilku nieudanych próbach dowiedzenia się gdzie mogę pójść na masaż kupuję miękkie skarpety i maść przeciw otarciom na stoisku głównego sponsora i wracam. 3,4km po raz trzeci.

Następnego dnia łydki dalej bolą, ale mogę iść. Po pierwszym dniu decyduję się jednak na więcej niż jeden postój dziennie. Zatem pierwszy po dwóch godzinach, kolejne co godzinę na 5-10 minut, w połowie trasy koło 15 minut. Na pierwszym postoju stwierdzam ze zdziwieniem, że wspaniałe skarpety za 20 euro z wełny merynosa chyba nie są takie super. Na obu stopach pojawiły się pęcherze, na szczęście w niegroźnym miejscu. Igła, talk i idę dalej. W połowie trasy bolą mnie łydki z przodu, jakbym za ciasno zawiązał sznurowadła, do tego mięśnie zmęczone dzień wcześniej coraz bardziej zaczynają dokuczać. W końcu po drodze trafiam na Artura. Robi masaże za „co łaska”. To dobrze, bo więcej nie mam. W oczekiwaniu na moją kolej spotykam Wima. Idzie całkiem dobrym tempem. Gadamy chwilę, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, po czym rusza dalej, a ja trafiam na stół. Na łydki – ulga, niestety okazuje się, ze nogi zaczęły mi puchnąć, wiążę buty niżej i ruszam. Idzie się źle, ale się idzie. Czas na mecie – 12 godzin. Kolejny spacer 3,4km. Mój gospodarz oferuje, ze pożyczy mi rano rower. Nie śmiem i nie chcę odmówić.

Kolejna pobudka o 2... I zonk. Max zasiedział się u swojej dziewczyny i zapomniał zostawić kluczyk od roweru. Dzielimy się z Wimem jego jednośladem, ale gdy zauważa jak chodzę, oddaje mi swój rower. Jestem niesamowicie wdzięczny. Dzień męki. Choć trafił się ładny leśny odcinek nad jeziorem, z piaszczystą dróżką, nogi puchną coraz bardziej, wiążę buty coraz niżej i luźniej. W pewnym momencie chodzenie staje się bolesne do tego stopnia, że schodzę na punkt medyczny. Po długim tłumaczeniu, dostaję woreczek z lodem do obłożenia i radę, ze jeżeli nie pomoże, to mam się zgłosić po lód na następnym punkcie, a na przyszłość lepiej wiązać buty. Ha-ha. Lód przykładam prawie 15 minut, pomógł trochę na 5. Całkiem rozwiązuję lewego buta, wlokę się noga za nogą. Kilka osób pyta mnie czy wszystko w porządku, rzuca tekstami typu „nie poddawaj się!” Już dopadają mnie myśli, żeby machnąć ręka, położyć się na poboczu i poczekać na wóz, który ponoć zbiera odstałych w marszu, kiedy nagle moim oczom ukazuje się widok zaiste niespodziewany. Wzgórze. Pierwsze cholerne wzgórze w tym płaskim jak stół kraju. Całych 57 metrów nad poziomem morza. No, nie, może Holendrzy wiedzą jak maszerować, ale już ja im pokażę jak się pokonuje wzniesienia. Na ustach śpiew, spokojna twarz i heja! Wracam do prędkości z pierwszego dnia. Nachylenie drogi przynosi moim nogom ulgę w bólu. Na drugim wzgórzu mijam Kanadyjczyka, któremu w biegu dziękuję za słowa otuchy sprzed kilku kilometrów. Patrzy na mnie jak na wariata. Po drodze mijam jeszcze kilka osób, które zainteresowały się uprzednio moim losem. Jest OK. około 5km przed metą robię postój. 7 minut drzemki i ruszam dalej. Czas nieznacznie lepszy niż dzień wcześniej. Siadam na murku, zdejmuję buty, sięgam po butelkę z resztką napoju i łapią mnie takie dreszcze, że połowę rozlewam. W rozwiązanych butach idę do punktu gastronomicznego. Dwie wody później natykam się na Wima. Widząc mój opłakany stan oferuje mi, że podjedzie po mnie samochodem. Nie protestuję. Ledwo wlokę się do najbliższego otwartego skrzyżowania. Przed spaniem zawijam nogi w mory, zimny ręcznik i przygotowuję sobie podpórkę, żeby spać z nogami w górze. W trakcie tych akrobacji zasypiam 3 razy.

Ostatni dzień jest lepszy. Tym razem Max zostawił mi klucz i mogłem w obie strony dotrzeć na rowerze. Butów dalej nie mogę zawiązać, ale nogi nie bolą już tak bardzo. Czasu więcej, więc równym, spokojnym tempem przechodzę bez większych problemów. Po drodze jeden z uczestników wskazując na moją rogatywkę zadaje pytanie „Are You Polish?” Okazuje się kolekcjonerem militariów drugowojennych (w tym polskich), do tego jest to jego trzydziesty marsz. Idziemy chwilę razem, rozmawiając na wspólne tematy, potem niestety trzeba się rozstać. Po drodze także od holenderskiej policjantki dostaję naszywkę. Po zaczepce ze strony grupy norweskich wojskowych chwalę się znajomością ich języka (Jeg forstar ikke!) i z zainteresowaniem przyglądam się bliżej kamuflażowi armii Luksemburga. Nie umyka też mej uwadze człowiek idący w drewnianych chodakach – oto Holender z krwi i kości. Ostatnie kilometry to tak zwana Via Gladiola – tam już na prawdę jest powitanie wyzwolicieli. Kwiaty (głównie oczywiście mieczyki), konfetti, darmowe przytulanie... Teraz tylko rejestracja, odebrać krzyż i można wracać. To był ciężki tydzień.

Ogólnie Vierdaagse to ciekawe doświadczenie dla wszystkich rekonstruktorów – wszak sytuacja, gdzie trzeba było iść wiele dziesiątek kilometrów, potem po zbyt krótkim odpoczynku ponownie ruszać w drogę, była bardzo częsta jeszcze w czasie drugiej wojny światowej (szczególnie na froncie wschodnim). Marsz zatem daje pewne wyobrażenie o części trudów, z jakimi borykać się musieli nasi przodkowie 75 lat temu. Dodatkowo, warto zauważyć, że teren aż prosi się o to, by na marsz zapisała się grupa rekonstruktorów PSZ lub wojsk alianckich. Gdyby taka grupa się znalazła, chętnie pomogę w załatwieniu formalności.

O imprezie:
W tym roku odbyła się 103. edycja Marszu, który w 1909 zapoczątkowany został przez Holenderskie Towarzystwo Wędrowne, początkowo jako impreza ściśle wojskowa i dostępna tylko dla Holendrów. W latach 20. dopuszczono udział cywilów, a w 1928r. – obcokrajowców. Bardzo szybko dowództwo Armii Holenderskiej dostrzegło wagę testu jakim były czterodniowe marsze i przyznawany uczestnikom Krzyż Umiejętności Marszowych (trudno mi znaleźć lepsze tłumaczenie) włączyło do systemu odznaczeń wojskowych. W ciągu ostatnich dekad, odznaczenie to zostało oficjalnie uznane także przez armie części państw sprzymierzonych – w tym USArmy. Uczestnicy mogą startować na różnych dystansach, w zależności od kategorii do jakiej zostaną zaliczeni. Osoby odpowiednio młode (od 12 roku życia) i odpowiednio stare (od 60. Roku życia) mogą startować na dystansie dziennym 30km, później jest to 40km, zaś osoby pomiędzy 19. a 49. rokiem życia mogą startować tylko na 50km. Osobną kategorią są grupy wojskowe, które obowiązuje dystans 40km, ale z obciążeniem minimum 10kg. Wojskowi idą też nieco odmienną trasą, gdyż start i metę mają w koszarach Heumensoord.
 

 


 

5
Oceń (2 głosów)

 

 

Vierdaagse Nijmegen 2019 - opinie i komentarze

Stary KojotStary Kojot
+1
Wspaniała relacja! Jestem pod ogromnym wrażeniem. Szczere gratulacje i szacunek za podjecie wyzwania. Za samo staniecie na linii startu, jesteś dla mnie bohaterem... (2019-07-25 06:16)
al-Muellal-Muell
0
Dzięki za miłe słowa. Zwłaszcza od kogoś, kto sam nie boi się jeszcze bardziej wyczynowej aktywności fizycznej :) (2019-07-26 18:59)
kapitan Kootkapitan Koot
0
Fajna relacja! Może uda mi się zapisać w przyszlym roku... (2019-07-26 20:55)
dabwoj1dabwoj1
0
Kamilu szacunek dla Ciebie za wytrwałość i silną wolę. Bardzo ciekawie napisałeś relację która wciąga a nawet inspiruje innych. Fajnie by było gdybyście stworzyli chociaż małą ekipę Dobroni na przyszłoroczny marsz. (2019-07-27 06:49)

skomentuj ten artykuł