Rzeź Ochoty1944 rok

/ 4 zdjęć


Wczesnym popołudniem 3 sierpnia 1944 r. na warszawskiej Ochocie pojawili się dziwni osobnicy. Część z nich ubrana była w niemieckie mundury, ale z niespotykanymi przez mieszkańców stolicy oznaczeniami na kołnierzach i rękawach, a część w cywilne ubrania z żółtymi opaskami na ramieniu. Z kolei niektórzy umundurowani nosili na lewym ramieniu tarczkę na podkładce w kolorze munduru lub czarnym. Na niej naszyta była biała tarczka obramowana na czerwono, z czarnym lub żółtym krzyżem św. Jerzego w centrum, a nad nią żółte litery POHA. Ludzie ci posługiwali się głównie językiem rosyjskim i otwarcie nosili broń.
 Początkowo wszyscy mieszkańcy dzielnicy zadawali sobie pytanie: co to za ludzie? Ale już niedługo miało się okazać, że właśnie pojawiła się w Warszawie jednostka, która zdobyła w czasie powstania złowrogą sławę – była to część  brygady Rosyjskiej Wyzwoleńczej Ludowej Armii (Russkoj Oswoboditielnoj Narodnoj Armii – RONA), dowodzonej przez Bronisława W. Kamińskiego.
Mieli oni rozkaz oczyszczenia dzielnicy z sił powstańczych, ale szybko okazało się, że przedstawiają nikłą wartość bojową – w kilku starciach Polacy zadali im ciężkie straty. Zamiast angażować się w walkę ronowcy zajęli się gwałtami i rabunkiem. Rozpoczęła się trzytygodniowa hekatomba tej dzielnicy Warszawy, która przeszła do historii jako „Rzeź Ochoty”.Zagłada dzielnicy trwała do 25 sierpnia, kiedy Niemcy zdecydowali się wycofać bandytów, którzy nawet w nich budzili odrazę. Bronisław Kamiński został odwołany do Łodzi, gdzie rozstrzelano go za „skrajną niesubordynację i unikanie walki”.(Choć do końca nie jest pewne .)
Na Ochocie zostało zamordowanych ponad 10 tysięcy ludzi. Liczba zgwałconych kobiet jest trudna do oszacowania.
Bandytów z RONA wycofano do podwarszawskiej wsi Truskaw leżącej na skraju Puszczy Kampinoskiej.Gdzie spodkała ich kara.

Po południu 2 września 1944 roku wrócił z  narady sztabowej nasz dowódca, cichociemny, por. Tadeusz Gaworski „Lawa”. Ogłosił alarm. Powiedział, że do trudnej i niebezpiecznej nocnej akcji bojowej potrzebuje ochotników. Jak zwykle w takiej sytuacji zgłosili się wszyscy, cała kompania z wyjątkiem chorych i rannych. Nikt wtedy nie wiedział, choć domyślaliśmy się, jaki jest cel wyprawy. „Lawa” nakazał, by zostawić wszystko, co może nas zdradzić w czasie marszu.

To zadanie wymaga ciszy – powiedział krótko. – Nie wolno zdradzić się żadnym dźwiękiem, odezwać choćby słowem. Nie wolno palić. Zostawiamy ciężką broń maszynową. Bierzemy wyłącznie lekką broń automatyczną i granaty.

Wyjaśnił nam, że chodzi o przygniecenie nieprzyjaciela, dotarcie do stanowisk ciężkiej broni i ich zniszczenie. Po przeglądzie oddziału nastąpił wymarsz do kwatery dowództwa i dołączenie do grupy ochotników z innych oddziałów, tak że było nas 80.

Zaczęło się po kolacji. Na chłopskich wozach dotarliśmy do Zaborowa Leśnego. Konie miały owiązane pyski, osie kół starannie nasmarowano. Od Zaborowa ruszyliśmy pieszo w kierunku Truskawia. Trasę dokładnie sprawdzili nasi wywiadowcy. „Lawa” prowadził wyschniętym rowem melioracyjnym, który okrążał wieś. Chroniły nas krzewy, ale i tak musieliśmy iść pochyleni. Nastała bardzo jasna noc. Księżyc w pełni. Wiedzieliśmy, że w pobliżu znajdują się ronowskie czujki i wysunięte stanowiska ciężkich karabinów maszynowych. Gdyby nieprzyjaciel nas wykrył, zostalibyśmy błyskawicznie wycięci w pień. Co pewien czas któryś ronowiec posyłał serię, która przelatywała to przed nami, to z boku. Oczywiście, nie słyszeli nas, zapewne w ten sposób dodawali sobie otuchy. Jak się potem okazało, popici ronowscy żołnierze budzili się na chwilę, by huknąć z kaemów, i znów zapadali w drzemkę.

Na palcach weszliśmy do wioski. Wszędzie pusto, ani żywego ducha. W świetle księżyca byliśmy przecież doskonałym celem. „Jak się obudzi jakiś pies, to po nas” – pomyślałem. Ale we wsi nie było już psów. Odeszły razem z wypędzonymi gospodarzami. „Może to pułapka? Może ci bandyci czekają na nas i śmieją się w duchu? ” – zastanawiałem się. Ale wokół cisza. Wreszcie doszliśmy do otoczonej drutem kolczastym chaty, w której oknie paliło się nikłe światełko.

Na tle bielonej ściany zobaczyliśmy chwiejącą się sylwetkę wartownika z przewieszonym przez pierś peemem. Trzeba było zaryzykować i spróbować zlikwidować go po cichu. Obeszliśmy kozły z drutem kolczastym, szukając przejścia. A ten nic! Po prostu spał, stojąc. Nie zbudził się już z tego snu – kolega sprawnie pchnął go bagnetem, tak że nawet nie jęknął. Pchnęliśmy drzwi, które ustąpiły, skrzypiąc. Ten odgłos zbudził żołnierza śpiącego z głową na stole. Chciał sięgnąć po schmeissera, ale nie zdążył. Otworzyliśmy ogień. Pod ścianami stały zbite z desek piętrowe prycze, na których spali ronowcy. Zginęli wszyscy. Do innych chałup nawet nie zaglądaliśmy, wrzucaliśmy tylko granaty przez okna. W mgnieniu oka drewniane zabudowania i słomiane strzechy stanęły w ogniu. Wróg był kompletnie zaskoczony. Tamtego dnia przerzucono do Truskawia ostatni batalion ronowski, który najdłużej stacjonował w Warszawie. Być może to sprawiło, że bandyci czuli się pewnie. Popili się i pospali.

Pośród chaosu, jaki nagle zapanował, rozpoznawaliśmy się po haśle „sobota”. Z chałup wybiegali półprzytomni żołnierze i padali w ogniu. Stąpaliśmy po trupach. Pamiętam zwłoki jakiegoś ronowca z kilkoma zrabowanymi zegarkami na ręku. Parliśmy przez wieś w stronę stanowisk dział, opór nieprzyjaciela zaczął krzepnąć. Słychać było głos „Lawy”: „Naprzód, sobota, naprzód!”.

Szedł z nami jeden berlingowiec, chłopak z kresów, który zwiał z niemieckiej niewoli.

– Pełno tu tych drani – powiedział. – Nie daruję im.

Podbiegł do stodoły, w której skryli się ronowcy, i zawołał: „Wyłaźcie, bo podpalimy budę!”. Poddało się chyba ze dwudziestu, śmiertelnie przerażonych. Kazał im wejść do ziemianki i wrzucił tam granat. Potem podłożył ogień pod stodołę, w której zostało kilku pijanych jak bela.

Najdłużej trwała walka przy stanowiskach artyleryjskich. Zanim tam dotarliśmy, zginęło trzech żołnierzy z naszej kompanii.


 
Potem straty byłyby jeszcze większe, bo przydusił nas do ziemi ogień ciężkiego karabinu maszynowego. „Lawa” dopadł go, biegnąc zygzakami. Rzucił granat, poprawił drugim i działa były nasze. Wyprowadziliśmy jedno z nich, resztę zniszczyliśmy, wrzucając granaty do luf. Zadanie zostało wykonane. Robi się coraz bardziej gorąco. Z palących się zabudowań spadają na nas płonące kawałki papy, wybuchają snopy iskier, a obok armat nagromadzona amunicja. Pora wiać! I to szybko!

Za tę akcję „Lawa” podał do odznaczenia Krzyżem Walecznych sanitariuszkę Zofię Piasecką, a pięciu żołnierzy, w tym mnie, przedstawił do pochwały w rozkazie pułkowym.


Zygmunt Lipski „Sulima”, Uderzenie o północy, Rzeczpospolita, 4.09.2004.

 


 

5
Oceń (3 głosów)

 

 

Rzeź Ochoty1944 rok - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł