Piechotą (prawie) na Strefę Militarną 2014

/ 6 komentarzy / 17 zdjęć


Strefa militarna 2014 już za nami. Ostatecznie tylko dwóch z nas (z planowanych czterech) wyruszyło w środowy poranek, żeby sprawdzić swoje siły i dotrzeć pieszo, z oporządzeniem do Folwarku w Podrzeczu.

Wymarsz zaplanowaliśmy na godzinę 4:00. Tak jak w zeszłym roku, tak i teraz mieliśmy
godzinną obsuwę. Zmieniła się tez nieco lokalizacja początku „spaceru”. Zamiast
centrum miasta, był to dworzec kolejowy w Kowalewie, więc chcąc nie chcąc
mieliśmy do folwarku jakieś cztery kilometry bliżej.

Po przejściu około sześciu kilometrów, zrobiliśmy pierwszy postój, który uświadomił nam, że lekko nie
będzie. Nie wyspani należycie, padliśmy z wielką ulgą na ziemię, od razu
zabierając się za „naprawianie” pierwszych niedogodności, którymi były drobne
kamyczki, znajdujące się pod wkładkami, w butach. Zadawały one konkretny ból
przy każdym kroku i marsz z nimi był całkowicie niemożliwy. 


Po dotarciu do Dobrzycy, postanowiliśmy zrobić sobie kolejną przerwę na stacji benzynowej,
żeby wypić kawę i coś przegryźć. Akurat po wejściu do budynku stacji, na
zewnątrz zaczął padać deszcz, który ustał, gdy byliśmy już wypoczęci. Póki co
szczęście dopisywało... Z każdym kilometrem, nasze trzewiki stawały się coraz
mniej przyjazne dla naszych stóp. Krok za krokiem odczuwaliśmy coraz większy
ból, ale w sumie bez większych problemów dotarliśmy do Koźmina Wielkopolskiego
około godziny 13:00.

W mieście niestety straciliśmy trzy godziny. Najpierw ponad godzina zeszła nam na postoju i zaopatrywaniu się w nowe wkładki do butów. Później, gdy już mieliśmy wyruszać, nad miastem zebrały się ciemne
chmury, które nie wróżyły nic dobrego. Postanowiliśmy więc udać się do kawiarni
na herbatę i przeczekać deszcz. Minuty mijały, na miasto faktycznie spadło
troszkę wody, więc stwierdziliśmy, że najgorsze już za nami i postanowiliśmy
wznowić marsz. Po wyjściu z kawiarni i przejściu około pięćdziesięciu metrów,
spadła na nas ściana wody. Schronienie znaleźliśmy w pobliskim sklepie
obuwniczym, w którym znowu straciliśmy trochę czasu.

Po ustaniu ulewy wyruszyliśmy w dalsza drogę. W międzyczasie jednak zmieniliśmy nieco plany. Coraz bardziej doskwierający ból stóp niejako zasugerował nam zmianę trasy. Zamiast iść na
Borzęciczki, postanowiliśmy kierować się na południe, przez mniejsze wioski.
Teoretycznie dałoby nam to dwa plusy- mniejszy ruch i możliwość chodzenia
poboczem drogi oraz mielibyśmy jakieś 3-4 kilometry krótszą
trasę na Pogorzelę.

Gdy weszliśmy do Wrotkowa, po raz kolejny przywitała nas
konkretna ulewa, która uniemożliwiała dalszy marsz. Schroniliśmy się więc w
tamtejszym spożywczym licząc na zmianę pogody, która jednak miała inne plany.
Postanowiliśmy więc nieco zrezygnować z „koszerności” i założyliśmy na siebie
pałatki z okresu PRL, które mimo że nie nadawały się do odtwarzania piechoty z
okresu II RP, to jednak pozwoliły nam kontynuować marsz w tym, kończącym się
pomału dniu.

Pierwotnie trasę mieliśmy podzieloną na dwa dni. Pierwszego dnia
chcieliśmy dotrzeć do Pogorzeli i tam szukać noclegu. W miarę upływu czasu i
zużycia naszych stóp, postanowiliśmy skrócić nieco ten dystans i stanąć na noc
w Bułakowie. Niestety posługiwaliśmy się wojskową mapą sztabową z 1997 roku,
która była już ciut nieaktualna. W Serafinowie kompletnie zignorowaliśmy
zarośniętą drogę polną, która na mapie była zaznaczona, jako szeroka (jak na
tamten rejon) droga asfaltowa. Istotnie był to asfalt, położony na kamienny
bruk, jednak zdążył już on skruszeć i odpaść, a tamtejsze kocie łby nie były
naruszane przez samochody i po prostu zarosły. Ze względu na padający ciągle
deszcz, przyznaję się bez bicia- nie sprawdziłem dokładnie mapy i stwierdziłem,
że będziemy trzymać się tej drogi, której nie zdobiły żadne krzaki. Od tego
momentu układ ulic zaczął się nieco różnić z tym, co widniało na mapie.
Stwierdziliśmy jednak, że Serafinów i jego okolice są na tyle zapomnianym przez
resztę świata miejscem, że można się było pomylić podczas tworzenia mapy tych
okolic. Mimo wszystko kontynuowaliśmy nasz marsz, czekając aż dotrzemy do
Bułakowa i wreszcie będziemy mogli porządnie odpocząć. W tym miejscu warto
przypomnieć sobie zdanie „Jedziemy, jedziemy, a bunkrów nie ma”. U nas
podobnie- szliśmy, szliśmy, a do Bułakowa również nie mogliśmy dotrzeć.

Po jakimś czasie dotarliśmy w końcu do jakichś zabudowań i co ważniejsze- tablicy z
nazwą miejscowości. Niestety- okazało się, że zrobiliśmy duży objazd i
wychodząc z Koźmina przeszliśmy 16 kilometrów trafiając do Borzęciczek, które
są od niego oddalone o 10 kilometrów… Był to nasz 41-wszy kilometr marszu. Nie
muszę zapewne dodawać jak to wydarzenie wpłynęło na nasze samopoczucie. Bądź co
bądź, było już późno- okolice godziny 22:00 i trzeba było znaleźć sobie jakieś
miejsce do spania. Poszliśmy do domu, który polecił nam jeden z „tubylców”, z
nadzieją, że gospodarze użyczą nam podłogę w swojej stodole i spędzimy noc pod
dachem. Okazało się, że trafiliśmy do dyrektorki ośrodka dla dzieci, który
mieścił się w tamtejszym pałacu. Pani dyrektor zapewniła nam łóżka, pościel,
prysznic i co najważniejsze dach nad głową. W ten oto sposób dwóch brudasów,
marzących o podłodze w stodole, wyspało się w pałacu. W środku, gdy mogliśmy
już się odprężyć, przeżyliśmy dramat oglądając swoje stopy- pęcherze, obicia,
krwiaki- wszystko w rozmiarze XXL. Demokratycznie stwierdziliśmy, że niestety
nie będziemy już kontynuować marszu i rano poszukamy jakiegoś środka transportu
do Porzecza. Rano, powitały nas panie z administracji ośrodka, które
poczęstowały nas ciastem drożdżowym i zrobiły kawę. Prócz tego zawiozły nas do
Borka Wielkopolskiego, skąd autobusem dotarliśmy do Piasków, gdzie z kolei
zgarnął nas już kolega z grupy.

Odległość, którą wyznaczyliśmy sobie na początku wynosiła 58 kilometrów.                                                       Zmniejszyła się ona, przez wymarsz z Kowalewa, ale dla równowagi wydłużyła się, gdy zgubiliśmy drogę. Ostatecznie przeszliśmy 41 kilometrów- 41 kilometrów w mundurach, z wyposażeniem i karabinem.   Mieliśmy nieco inne cele. Janusz chciał sprawdzić jak czuli się nasi żołnierze idąc w pełnym ekwipunku kilkadziesiąt kilometrów. Ja poniekąd również miałem taki zamiar. Tutaj bez względu na pokonane
kilometry nasz marsz zakończył się sukcesem, ponieważ dostaliśmy nieźle w kość.
Była jednak jeszcze chęć sprawdzenia się i pokonania całej trasy. Tutaj
niestety trzeba to sobie powiedzieć- nie udało się nam. Stopy okazały się za
słabe, a trzewiki ostatecznie potwierdziły, że różnią się nieco od adidasów. Mimo wszystko nie wiem jak reszta kolegów, ale wiem, że ten dystans jest do osiągnięcia. Trzeba tylko wyciągnąć odpowiednie wnioski z tej wycieczki i nieco lepiej przygotować się następnym razem. Mogę więc już teraz powiedzieć, że nie odpuszczę i ze zniecierpliwieniem czekam na Strefę Militarną 2015. Wtedy na pewno się uda!


A, jeszcze jedno- ja to tam pół biedy, bo miałem mundur drelichowy. Zwracam jednak uwagę na to, że Janusz szedł w mundurze sukiennym, który w upale między deszczami NAPRAWDĘ utrudniał życie.


Michał

 


 

5
Oceń (6 głosów)

 

 

Piechotą (prawie) na Strefę Militarną 2014 - opinie i komentarze

kapitan Kootkapitan Koot
0
Gratulacje ! Naprawdę bardzo dobrze znam ten ból :-) (2014-07-16 00:00)
mag68mag68
0
Byliście wielcy! To się nazywa pasja rekonstruktorska. Gratuluję! (2014-07-16 00:00)
73pp73pp
0
Gratulacje !!!!! (2014-07-16 00:00)
canti80canti80
0
Hej Michał, rozmawialiśmy o tym już na Strefie, ale jeszcze raz duże wyrazy uznania dla Waszej dwójki. Wierzę, że za rok Wam się uda ... po cichu liczę, że i mi będzie dane w tym ;) (2014-07-16 00:00)
canti80canti80
0
... uczestniczyć:) (2014-07-16 00:00)
kurkowkurkow
0
Jestem za ;) Dzięki wszystkim za dobre słowo ;) (2014-07-17 00:00)

skomentuj ten artykuł