Obozy Sikorskiego, Wyspa Wężów i inne

/ 1 komentarzy

W portal Onet zamieszczono dziś artykuł który w całości przytaczam.

'Nie mogli walczyć o Polskę, bo nie spełniali kryteriów „moralnych” lub „politycznych” – czyli: byli oponentami gen. Władysława Sikorskiego. Tylko przez Wyspę Wężów przeszło 1500 polskich oficerów.

Ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym” – tak gen. Sikorski ostrzegł w lipcu 1940 r. politycznych przeciwników emigracyjnego rządu. – Oczywiście myślał o obozie odosobnienia na wzór tych z wojny burskiej, a nie o Auschwitz. Ale wypowiedź wypadła fatalnie – komentuje słowa Naczelnego Wodza prof. Mirosław Dymarski z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Czy był to tylko językowy lapsus generała? Jak wyglądały „obozy Sikorskiego”?

Sereza-Bereza i Wyspa Wężów

Preludium miało miejsce we Francji, późną jesienią 1939 r. Po kampanii wrześniowej emigracyjne władze Polski szukały winnych porażki. Dla ludzi Sikorskiego jasne było, że sanacyjnych polityków i wojskowych należy rozliczyć i trzymać z dala od rządów.

Dlatego utworzono ośrodek odosobnienia dla kilkudziesięciu „nieprawomyślnych” – we francuskim Cerizay. Zesłano ich tam bez wyroków sądowych. Warunki mieli jednak niezłe. Dostawali część uposażenia, mieszkali w hotelach i pensjonatach, nie mogli tylko opuszczać miasteczka. Ale i tak przeciwnicy Sikorskiego spolszczali Cerizay jako „Sereza”, nawiązując do Berezy Kartuskiej, w której sanacyjne władze gnębiły działaczy opozycji.

Po klęsce Francji polski rząd ewakuował się do Anglii. A za nim politycznie „podejrzani” z Cerizay. Najpierw umieszczono ich na stadionie Glasgow Rangers, potem w Douglas i Broughton. Znaleźli się tam wraz z oficerami bez przydziału z przyczyn czysto wojskowych – to był kolejny problem na głowie Sikorskiego, że w polskiej armii w Anglii stosunek oficerów do szeregowych wynosił wówczas 1:2,8. Nadmiar kadry oficerskiej sięgał aż 2500 osób.

Wśród bezczynnego wojska szerzyły się nałogi. Sikorski wydawał kolejne tajne rozkazy, w których winnym pijaństwa groził sądem wojennym. W końcu nałogowcy dołączyli do grona żołnierzy politycznie niewygodnych i tych z wojskowego punktu widzenia zbędnych. Wszyscy oni (plus oficerowie podejrzewani o skłonności homoseksualne i erotomanię) wylądowali 70 lat temu na szkockiej wyspie Bute, później zwanej „Wyspą Wężów”.

To tam, w miasteczku Rothesay, tajnym rozkazem z 11 sierpnia 1940 r. gen. Marian Kukiel (jako Dowódca Obozów i Oddziałów WP w Szkocji) utworzył „zgrupowanie oficerów nieprzydzielonych”. Kto się w nim znalazł? Np. były przedwojenny premier Marian Zyndram-Kościałkowski, dowódca Armii „Prusy” gen. Stefan Dąb-Biernacki, wojewoda śląski i przewodniczący ZHP Michał Grażyński i inni. Przez Wyspę Wężów przeszło w sumie około 1500 oficerów, w tym 20 generałów.

Samobójcze strzały

Wyspa była znanym kąpieliskiem, 45 km od Glasgow. Pozornie warunki były pierwszorzędne. Oficerowie mieszkali na kwaterach i dostawali żołd (choć zmniejszony). Wartowników ani drutów kolczastych nie było. Mieli tylko zakaz opuszczania wyspy, kontrolowano też ich korespondencję.

Bezczynność i poczucie krzywdy tworzyły toksyczną atmosferę. „Polityczni” nie pojmowali, dlaczego są osadzeni z „patologią”. Stefan Mękarski pisał w dzienniku: „Wegetujemy, wspaniale przeżywamy w luksusie najstraszliwszą wojnę w dziejach”. Rothesay nazwał „trupiarnią, z której ostatnio jednego oficera na tydzień wysyłają do szpitala wariatów”. Było też kilka samobójstw. Nie tylko wśród zesłanych, ale i tych, którzy dopiero mieli tam trafić.

Miejscowi Szkoci nie mogli zrozumieć, dlaczego Polacy grają w brydża, gdy ich koledzy z jednostek frontowych i żołnierze brytyjscy giną na wojnie. Władysław Dec w książce „Narwik i Falaise” wspomina: „– Czy wy jesteście podejrzani? – zapytała mnie pewna Szkotka z Glasgow, usiadłszy przy moim stoliku w kawiarni. – Mój ojciec mówił, że w Rothesay osadzeni są Polacy, którzy w Polsce... współpracowali z Niemcami”.

Wyspa Bute nie była Berezą pod względem metod, ale i ona miała być kneblem dla opozycji wobec Sikorskiego. Przy okazji marnowała ludzki potencjał. – Haniebne, a bardziej może głupie było to, że wśród sanatorów nie starano się znaleźć ludzi gotowych do pracy państwowej i nieskompromitowanych swoją działalnością – uważa prof. Dymarski, autor książek i artykułów na temat tamtych wydarzeń.

– Wielu można było wykorzystać, np. gen. Stanisława Roupperta, wybitnego lekarza i naukowca. Niektórzy wręcz prosili, żeby ich gdziekolwiek skierować. Ale Sikorski był tak małostkowy, że im zabraniał – dodaje prof. Janusz Zuziak, dyrektor Instytutu Nauk Humanistycznych Akademii Obrony Narodowej.

„Gorsi niż Niemcy”

Od listopada 1940 r. „patologiczne” przypadki z Rothesay kierowano do podobnego podobozu w Tighuabruaich (Tignabruaich). Zdaniem prof. Zuziaka żołnierze trafiali tam nawet na podstawie fałszywych donosów, bez żadnego dochodzenia i wyroku. Osadzony porucznik wojsk pancernych Henryk Halicki skarżył się: „Niemcy postąpili ze mną szlachetniej niż tutaj rodacy, bo pozwolili zatrzymać broń ręczną, traktując mnie jak rycerza, natomiast tu postąpiono ze mną jak z paskarzem lub bandytą”. Sam p.o. komendanta tego obozu, płk Władysław Spałek, meldował swemu zwierzchnikowi – gen. Bronisławowi Jacynie-
-Jatelnickiemu, szefowi ośrodka w Rothesay – że „odnośnie niektórych oficerów przybyłych tu brak mi szczegółowej opinii i wyraźnie podanego rodzaju winy”.

Na dodatek znakiem rozpoznawczym polskich żołnierzy wśród Szkotów stało się to, co miało być zwalczane: pijaństwo, bezczynność i politykierstwo. Sytuacją zainteresowali się w końcu posłowie brytyjscy. Tak się składa, że w Rothesay mieszkała siostra posła Henry’ego Morrisona z Partii Pracy. Kiedy był u niej z wizytą, zainteresował się dziwnymi żołnierzami. Po interpelacji w parlamencie, w czerwcu 1942 r. polskie władze musiały zmienić politykę. Ośrodki w Rothesay i Tighuabruaich nie mogły już istnieć na „dzikich” zasadach.

Ale czy nawet w najgorszych czasach placówki te można było nazwać „obozami koncentracyjnymi”? Takich słów już nie politycy, a zwykli żołnierze używali w odniesieniu do innego miejsca z czasów Sikorskiego: wojskowego obozu karnego w Kingledoors (z czasem przeniesionego do Shinafoot i Abernethy).

Za drutami

Przyjaciel Sikorskiego, minister Stanisław Kot – wsławiony usuwaniem z wojska „figur sanacyjnych” i „osób o nienależytym poziomie moralnym” – nie wykluczył stosowania w miejscach odosobnienia drutów kolczastych. I właśnie one otaczały wspomniany obóz karny. Kiedyś trafił do niego z prelekcją oficer prasowy Stanisław Strumph-Wojtkiewicz. W książce „Wbrew rozkazowi” pisał, że pod Auchterarder (tam leży Shinafoot) widział obóz z drutami, strażnicami i „całym arsenałem obozowych udręczeń”. Wspomniał o biciu i głodzeniu skazanych, powołując się na relacje okolicznych farmerów.

W podobnym tonie wypowiada się wojskowy chirurg Adam Majewski we wspomnieniach „Wojna, ludzie, medycyna”. Pewnego dnia przyprowadzono do niego na operację wyrostka sponiewieranego więźnia. Majewski pisał: „Chłopak dosłownie się trząsł, ilekroć któryś z żandarmów zbliżał się do niego, rzucał przy tym na nas spojrzenia dzikiego zwierzęcia. Żołnierze od dawna coś przebąkiwali o jakimś polskim obozie koncentracyjnym na terenie Szkocji, ale nie wierzyłem w to. (...) Prawdy zacząłem się dowiadywać, gdy podano żołnierzowi narkozę i zaczął gadać. Wołał: – Nie bijcie mnie, nie wyłamujcie mi rąk”.
.
Kilka dni po operacji chirurg poznał resztę szczegółów. Młody podchorąży zadarł ze swym dowódcą i wylądował w obozie. Majewski pisze: „Było tam wszystko, jak w Berezie Kartuskiej: i druty kolczaste, i baraki, i »żabka«, i wybijanie zębów, i dozorcy sadyści, i komendant obozu, w którego kancelarii nasz więzień często szorował podłogę i bywał przy tym bity i kopany. Żandarmi byli specjalnie dobrani. Ludność szkocka wielokrotnie podchodziła do drutów, jednak kontaktu z więźniami nie nawiązała, bo straż przeszkadzała. Poza tym Szkotom wytłumaczono, żeby się nie zbliżali, bo tu siedzą szpiedzy i dywersanci niemieccy”.

Afera w „Kulturze”

Kolejne szczegóły pojawiły się po wojnie, gdy do sprawy obozu w Kingledoors (Shinafoot) wrócono w latach 1953-54 na łamach paryskiej „Kultury”. W artykule „Rubens miał filię w Szkocji” były podoficer Maciej Feldhuzen pisał: „Na czele obozu dyscyplinarnego w Shinafoot stanął kapitan Korkiewicz. Alkoholik, psychopata, sadysta, który własnoręcznie maltretował więźniów. Zakładano im od tyłu kajdanki na ręce i wieszano na poprzeczce u sufitu, a pan kapitan Korkiewicz sam wiszących dusił za gardło, bił po twarzach i kopał w brzuch. Działo się to w roku Pańskim 1941, a więc Lagerführer Korkiewicz nie był odosobniony w biciu skutych i bezbronnych żołnierzy polskich, bo robiło to samo, równolegle z nim, w tym samym dniu i o tej samej godzinie, wielu innych jego kolegów, Lagerführerów na terenie Polski i Niemiec”.

Z kolei biskup polowy WP Józef Gawlina napisał w liście do redakcji o „najgorszym wypadku”, czyli „zastrzeleniu niewinnego strzelca Edwarda Jakubowskiego”. Stało się to 29 października 1940 r. Osadzony w obozie dr A. Skowronek przypominał, że zabił go wartownik w „areszcie spoza zasieków podwójnych z drutów kolczastych”. Za co? „Pod silną prowokacją znanej w wojsku obelgi o »matce«” – jak oględnie wyjaśnił w liście.

W istocie, jeszcze podczas wojny środowiska oburzone warunkami w obozie zebrały zeznania więźniów i przekazały je gen. Kukielowi. Ten przystąpił do akcji. Kilku winnych nadużyć ukarano. Sam obóz – w związku z kolejnymi skargami – rozwiązano. Jednak z powojennego listu Kukiela do redakcji „Kultury” wynika, że poszkodowani więźniowie nie mogli się czuć usatysfakcjonowani. Generał pisze mianowicie, że wartownik Marian Przybylski, który zastrzelił Jakubowskiego, „po dochodzeniu sądowym został zwolniony od odpowiedzialności. Dochodzenie ustaliło, że użył broni w wykonaniu obowiązku służbowego”.

W 1942 r. sąd polowy uniewinnił też niesławnego komendanta obozu kpt. Korkiewicza (co podkreślał w „Kulturze” jego syn).

Zapomniana nienawiść

Czy Shinafoot to czarna plama w biografii Sikorskiego? Historycy sugerują rozwagę. W końcu każda armia potrzebuje jednostki dyscyplinarnej. – Był to obóz karny, głównie dla ludzi niezdyscyplinowanych, delikatnie mówiąc. Problemem byli ludzie i ich zachowania na obczyźnie, gdzie nie dało się pewnych karnych spraw rozwiązać jak w normalnym kraju – mówi prof. Dymarski. – Trzeba pamiętać, że Polacy nie mogli sprawować własnej pełnej jurysdykcji na terytorium Wielkiej Brytanii. Pewne sprawy były wstydliwe: pijaństwo, szerzenie się chorób wenerycznych. Sikorski groził, że taka choroba jest równoznaczna z dezercją. Były też kradzieże. A że byli psychopaci... Takie zjawiska w wojsku nie są czymś nadzwyczajnym. Jeden z dowódców wsławił się tam tym, że prowadził codziennie kilkugodzinne szkolenie z salutowania.

Nic nie wskazuje, by Shinafoot był obozem „politycznym”. Z Rothesay i Tighuabruaich łączy go więc głównie to, że we wszystkich tych miejscach aparat Sikorskiego dopuścił do nadużyć. Na Wyspę Wężów trafiali ludzie bez wyroków i czekały ich tam męki psychiczne. Do Shinafoot wysyłano wprawdzie żołnierzy skazanych, ale tam trafiali w ręce sadystów.

Pytanie, dlaczego tak niewiele mówiło się o tych obozach w Polsce po 1945 r.? – Nie było zainteresowania tym, co działo się w Anglii – wojna była analizowana z punktu widzenia przeżyć w Polsce. Co do Anglii, badano raczej sferę dyplomatyczną. A po upadku komunizmu pisało się głównie o obozach w ZSRR, o zapełnianiu „białych plam” – uważa Anita Prażmowska, profesor historii w London School of Economics.

A dlaczego nie dyskutowano o tym po wojnie na emigracji? Aby nie zaszkodzić legendzie Sikorskiego? – Nie – uważa prof. Prażmowska. – Sikorski był uważany albo za drania, albo za świętego. Po wojnie Polacy w Anglii postanowili do tych wewnętrznych bolączek nie wracać. Nie chcieli stawiać Polski w złym świetle. To była rozterka: przyznać się, że my też siebie nawzajem nienawidziliśmy.

Niektórzy twierdzą, że to właśnie polscy oficerowie – zrażeni polityką Sikorskiego, w tym traktowaniem przez niego opozycji – maczali palce w jego śmierci na Gibraltarze. Brak jednak na to jasnych dowodów.



ADAM WĘGŁOWSKI (ur. 1975) jest współpracownikiem miesięcznika „Focus. historia ”. '

 


 

4.3
Oceń (8 głosów)

 

 

Obozy Sikorskiego, Wyspa Wężów i inne - opinie i komentarze

Stary KojotStary Kojot
0
Oprócz książki 'Wojna-ludzie-medycyna" Adama Majewskiego, wyd w 1969r, ten temat przewija sie dosyć obszernie w książce Zbigniewa Neugebauera "Wracajcie szczęśliwie do bazy" z roku 1971. Autor wspomina tam, że podczas pobytu w Szkocji, wielokrotnie był świadkiem spotkań, na których dyskutowano o przyszłości Polski po wojnie (a mamy dopiero roki 1941!). Młodzi oficerowie często nie przebierali w słowach, w ocenie Kampanii Wrześniowej. Wielu z nich wylądowało na wyspie Bute nazywanej "Wyspą Wężów". Cyt: "I oto nadarzyła się okazja, by pozbyć się z korpusu "zafajdanych inteligentów", podchorążych i podporuczników rezerwy, których sposób myślenia był - w mniemaniu niektórych sztabowców - przejawem "bolszewizmu". Za takie podejrzenia niejeden  młody, energiczny człowiek poszedł na "wyspę wężów".
(2010-05-04 00:00)

skomentuj ten artykuł