Kampania rosyjska 1812 – 2012 Oczami żołnierza piechoty

/ 1 komentarzy / 52 zdjęć


Od X roku dało się odczuć, że kolejna wojna wisi na włosku.
Mając w pamięci zachowanie sprzymierzonych Rosjan, IX roku..
Można było snuć domysły, że niechybnie nasz dziwny sojusznik stanie się wrogiem.
Naszą niepewność podsycały zwołane w połowie lutego XII roku, szkoleniem pułku w mazowieckich Pilaszkach.
- Nie może być spokoju, skoro wojsko jest intensywnie szkolone i to poza terminarzem.
Na szkoleniu zalecono koncentrować się na manewrach, jednako przewodnim kierunkiem ćwiczeń był marsz w kolumnie. Co dawało światło na sprawę.
- Niebawem czeka nas spacer i to nieco długi.
W miarę rytmicznie i spokojnie przeminął marzec i nastała wiosna a wraz z nią przyszedł słoneczny kwiecień, kiedy to zawiązano wielkie manewry w pod Warszawskim Raszynie.
- Niechybnie będzie już wiadomo, co nas może czekać.
Choć dowództwo kręci nosem, że zima już minęła a wojsko wciąż ospałe i niegramotne, to powoli i skutecznie realizuje plan zajęć.
Przyszedł maj i wszystko staje się jasne, - kierunek wschód.
Pod koniec drugiej dekady docieramy do Tykocina.
Tam patrole, zwiady, obserwacje ruchów rosyjskich wojsk na granicy.
- Szczególnie każą nam zwracać uwagę na dziwnych gości ze wschodu, wyglądających na niby kupców, niby ciekawych świata, wędrowników.
Pierwsza niespodzianka, szybki wypad na drugą stronę, sprawdzamy czy Rosjanie są czujni, czy się dobrze pilnują.
O dziwo bez wystrzału podchodzimy zamek, ku zaskoczeniu nas i gospodarzy, błyskawicznie i bez strat wdzieramy się do środka. Niestety dowódca wydaje rozkaz
- „zawracać, nie będziemy wszczynać wojny sami”.
Tu przykrość, gdy wracamy, patrol złożony z kozaków na jakiejś łupinie zagradza nam drogę.
- Wygląda jakby na nas czekali.
Krótka wymiana ognia, kilku rannych, oddział wraca na drugą stronę Narwi.
Incydent rozszedł się po kościach. Spokoju w następnym miesiącu został zachowany.
Jednako to daje wgląd na przyszłość.
- Nie będzie łatwo. Rosjanie coś przeczuwają, pilnują się i zapewne pocichł szykują się do wojny.
Nadszedł ten dzień, jest 22 czerwca podchodzimy pod Kowno. Następny ranek wstaje wcześnie, już po drugiej widnieje. Wojsko po wielu trudach i przemarszach powoli, ale zgrabnie szykuje się do przyjęcia kolejnych rozkazów.
W końcu pada długo oczekiwane hasło:
„Druga Wojna Polska” - Idziemy za Niemen.
Coraz więcej nerwów, coraz więcej obaw.
- Ponoć nie ma mostów.
Pierwszy patrol za pomocą małych łodzi, ląduje na drugim brzegu. Za chaszczów brzegu Księstwa, widzimy pierwszą potyczkę.
Przyczółek wzięty. Teraz zostają puszczone tratwy. Przerzucanie wojsk idzie dość składnie pomimo takiej masy ludzi.
W końcu i my wchodzimy na Litwę.
Tam przykrość, Rosjanie zamiast w panice się cofnąć, widząc ogrom naszych wojsk, zaczynają stawiać opór i to całkiem składny.
Mała bitwa, Kowno wzięte, przy wielkiej radości mieszkańców.
- Teraz bez większych kłopotów, reszta armii przejdzie Niemen.
Cesarz chce, więc my idziemy dalej, na Wilno, dogonić i rozbić Rosjan.
Tam wspomagamy 2 korpusu marszałka Oudinota pod Dziawołtowem.
Rozkaz jest jasny i prosty, „Dogonić i zniszczyć oddziały wroga”.
Musimy szybko uderzyć, każda strata czasu grozi wymknięciem się Rosjan.
Pomimo dużej przewagi jakoś to nie idzie składnie.
- To napieramy, to się cofamy, to znów w atak idziemy.
W końcu Rosjanie ulegają, ale korpusowi Wittgensteina udaje się odskoczyć.
Po bitwie następuje burza, pioruny biją niemiłosiernie.
- Nie jest to dobra wróżba na przyszłość.
Wilno zostaje osiągnięte i pomimo wczesnej radości jej mieszkańców, wieczór wyludnia miasto.
Ludzie uchodzą z dobytkiem przed nami.
- Nie tak to sobie wyobrażaliśmy.
Rosjanie cofają się za szybko, nie jesteśmy wstanie ich dognać.
Kolejny cel, złapać wroga w Smoleńsku.
Docieramy na początku sierpnia do wrót Rosji. Jest ładne słoneczne lato. Z daleka już wyłaniają się złote kopuły soboru smoleńskiego. Ludność jest nam niechętna, co dość dotkliwie odczuwamy na granicy rdzennej Rosji. W końcu tu, jesteśmy wojskami najezdnymi.
Po ciężkich bojach Smoleńsk a raczej jego resztki zostają zdobyte. Nam nie jest dane brać udziału w walce.
- Przybywamy za późno.
Dostajemy kolejny rozkaz, mamy dopaść armię carską, która wymknęła się za Dniepr. W pogoni dochodzimy do Walutynowej góry, ciężki bój, Rosjanie biją się twardo, a to tylko straż tylna.
- O dziwo zdołali nawet szańce stawić!
Szturmujemy coś na wzór reduty. Tu po raz pierwszy, mamy kontakt z pospolitym ruszeniem. Większa część z nich to proste chłopy z tyką w ręku, jednak ich fanatyzm uzupełnia sztukę wojenną.
- Giną setkami a z drogi nie schodzą.
W końcu dnia opór przełamujemy (nie tylko wojskowy), doświadczamy ciężkich strat. Jednako ludność tubylcza zaczyna zauważać, iż „kopyt i rogów nie posiadamy a i wypić jak prawdziwi Słowianie potrafimy”.

Cesarz decyduje się na pogoń za wrogiem, w początku września dochodzimy pod małą wieś.
- Borodino.
Chyłkiem wymyka się mała grupa zwiadowcza. W cywilnych ubraniach razem z tubylcami w lokalnym transporcie dochodzimy do Możajska. W mieście panuje pozorny spokój. Choć wyczuwa się napięcie.
- Francuzi już nie daleko.
Niewykryci wracamy do oddziałów. Zdaje się, że dowódcy już spisali nas na straty i niecierpliwi miotali się po obozie. Tu już każda dusza zaczyna się liczyć.
Noc minęła spokojne pomimo bliskości wroga. Dało się odczuć pierwsze zimno rosyjskiej nocy, a to dopiero początek września. Większość żołnierzy spała już w płaszczach.

Bój pierwszego dnia nie za wiele rozstrzygną, choć stajemy twardo i to taką siłą.
Dopiero drugi dzień daje zwycięstwo na głównej reducie.
Nam przypadło ścierać się z Opołczeniem i wszech obecnym błotem.
Pomimo doświadczeń, jak się obejść z takim wrogiem.
- Nie wychodzi to łatwo.
Nasze skrzydło bardzo powoli posuwa się do przodu. Zostajemy w tyle, co pozwala Rosjanom wjechać nam na plecy.
Mamy szczęście, z opresji ratują nas kirasjerzy, dopiero wieczorem docieramy do czoła francuskiej kolumny.
To już nie przelewki, wielkie straty i zmęczenie robi swoje.
- Utykamy na dobre.
Miała być Moskwa i łupy, a tu nic z tego, zostaliśmy cofnięci. Choć nikt głośno tego nie mówi, odczuwa się zawód.
Przyszedł październik i jak grom z jasnego nieba pada wieść, Wielka Armia się cofa!
Po ciężkich walkach o Małojarosławiec wracają na stary szlak.
- To nie może dobrze się skończyć.
W listopadzie kolejny zawód.
- Smoleńsk nieutrzymany.
Musimy znów iść na wschód, ratować Armię pod Borysowem.
- Nie dajemy rady.
Logistyka się łamie nie ma jak dotrzeć do Borysowa. Większość koni już padła. Udaje się to nielicznym, a i tak gros z nich nie nadje się do walki. Gdzieś giną karabiny, bagnety i szable. Zaczyna się koszmar, wojsko się sypie, mróz i głód robi swoje.
- Ratujmy, co się da.
Rumszyszki są ostatnim przystankiem przed powrotem do Księstwa.
Szczątki wojsk cofają się coraz mniej składnie i topnieją z godziny na godzinę. Generał mróz zbiera wciąż krwawe żniwo.
- Jeszcze tylko rzeka.
A, i tu musimy się przebijać.
- Tylko kilkudziesięciu z tysięcy przechodzi rzekę
To już koniec marzeń o wolnej Rzeplitej.
Resztki V korpusu docierają do Warszawy.
Upiorny widok wycieńczonych i wynędzniałych szczątków ludzkich.
- Ostatni raport do Ministra Księcia.
Orły wróciły!
Może jeszcze jest nadzieja, może Cesarz przyjdzie z wiosną i nowymi półkami?
Na razie kierunek południe, tam będziemy się bić.

Szczególne podziękowania dla wszystkich tych, którzy udostępnili zdjęcia z kampanii Rosyjskiej 2012.

 


 

5
Oceń (7 głosów)

 

 

Kampania rosyjska 1812 – 2012 Oczami żołnierza piechoty - opinie i komentarze

Stary KojotStary Kojot
0
Nooo, nareszcie cos z okresu napoleońskiego:))) (2013-03-17 00:00)

skomentuj ten artykuł