I Pomorskie Manewry Grup Rekonstrukcyjnych

/ 5 komentarzy / 67 zdjęć


I Pomorskie Manewry Grup Rekonstrukcyjnych „Operacja Rzepak”.

Dzień pierwszy, 11 czerwca, sobota.

Pomysł na wspólne nieoficjalne spotkanie zrodził się na początku maja podczas kolejnego marszu szlakiem walk 1 Morskiego Pułku Strzelców, organizowanych prze SGRH LOW. W trakcie rozmów ustalono, że nieformalne spotkanie, na którym można by poćwiczyć taktykę, zgrywając poszczególne grupy rekonstrukcyjne oraz spotkać się we wspólnym gronie przyjaciół jest ze wszech miar konieczne. Tak naprawdę dotąd spotykaliśmy się tylko na różnego rodzaju rekonstrukcjach, gdzie zawsze był brak czasu aby spokojnie porozmawiać i ustalić działania na przyszłość. Jak powiedziano tak i zrobiono.
Manewry rozpoczęliśmy z bardzo historycznego miejsca jakim jest Zamek krzyżacki w Malborku. Swoim pojawieniem się w okolicach Zamku wywołaliśmy spore zainteresowanie odwiedzających. Zaprezentowaliśmy posiadane uzbrojenie i wyposażenie, odpowiedzieliśmy na zadawane pytania. O godzinie 10.30 na rozkaz dowodzącego wyruszyliśmy w drogę do miejsca noclegu. Pierwszy etap ok. 3 km przebyliśmy w dość szybkim tempie idąc deptakiem wzdłuż Nogatu. Dodajmy jeszcze, że oddział liczył 11 osób niosących, poza standardowym wyposażeniem żołnierza polskiego, granatnik wz.36 kal.46 mm, rkm wz.28 Browning oraz dwie skrzynie na amunicję. Z uwagi na to, że granatnik nie był lekki, noszony był na zmianę przez wszystkich. Wracając do drogi, po przejściu kolejnych 2-óch kilometrów mogliśmy zobaczyć miejsce gdzie znajdował się obóz wojsk królewskich podczas oblężenia Malborka w 1410r. Nie zatrzymując się doszliśmy do pierwszego przystanku w okolicach śluzy na Nogacie. Tam można było ugasić pragnienie, wodą z manierki, zapalić, odpocząć. Dotychczasowy etap stanowił około połowę drogi w linii prostej od miejsca startu do miejsca obozowiska. Teren, który przebyliśmy to pola, łąki. Przed nami zaczynał się trudniejszy, pofałdowany, teren – wzgórza, lasy. Jak do tej pory humory dopisywały, dało się usłyszeć docinki w kierunku dowódcy, śmiech. W dalszą część drogi ruszyliśmy marszem ubezpieczonym. Do przodu wysunięty został strzelec Dziara, który miał za zadanie rozpoznawać drogę i ostrzegać przed ewentualnym zagrożeniem. Było to oczywiście jednym z elementów ćwiczeń. Po dojściu do wzgórz kolumna zaczęła się rozciągać. Ciężar granatnika, rkm-u i skrzyń zaczął dawać się we znaki. Pojawiły się pierwsze otarcia stóp i skurcze mięśni. Kolejny odpoczynek odbył się w jednym ze znajdujących się po drodze gospodarstw, gdzie mogliśmy uzupełnić zapas wody. Całe dotychczasowe zmęczenie wynagrodził nam niesamowity, rozpościerający się przed nami widok na Żuławy Wiślane, aż po Tczew. Po 20 minutowym odpoczynku ruszyliśmy dalej. Problemem, który pojawił się przed nami było znalezienie drogi zejścia ponownie w kierunku Nogatu. Nie mogąc takowej znaleźć postanowiliśmy przebić się przez drzewa, krzaki i karłowate zarośla porastające wzgórze, z którego musieliśmy zejść. Po pewnych kłopotach przebiliśmy się, a nie było to łatwe, z uwagi na znaczne pochylenie terenu. W niektórych miejscach dochodzące do 50-60 stopni. Po zejściu ze wzgórza rozpostarł się przed nami widok, który każdemu kto tam był utkwił w pamięci, mianowicie pole rzepaku. Końca pola widać nie było, jednak pełni optymizmu ruszyliśmy przed siebie trasą, którą wytyczył przejeżdżający kilka dni prędzej ciągnik, który położył rosnący rzepak. Niestety, szliśmy „pod prąd”. Po kilkudziesięciu metrach, jedynym tematem rozmów było wymyślanie sposobów zemsty na dowódcy, który obrał taką drogę. Jako, że dowódca jest autorem tej relacji, i nie chcąc narażać się na bunt oddziału, wziąłem niezwłocznie granatnik na ramię i szybkim krokiem wysforowałem się naprzód, aby uniknąć gniewnych spojrzeń i docinek kolegów oraz przekazania do niesienia pozostałych elementów uzbrojenia. Po przejściu półtora kilometra naszym oczom ukazał się upragniony koniec pola oraz informacja, że do końca marszu pozostało nie więcej jak dwa kilometry. Należało jeszcze tylko ponownie wejść na wzgórze i drogą przez las i leżącą nieopodal wieś Węgry dotrzeć do celu. Ostatni odcinek drogi przeszliśmy w szyku zwartym, wywołując pewne poruszenie mieszkańców wsi. Po dotarciu na miejsce można było zdjąć ciążące plecaki, mundury, mokre koszule rozwiesić na słońcu, broń ustawić w kozły. Po krótkim odpoczynku przystąpiliśmy do organizacji obozowiska. Rozstawiliśmy namioty z pałatek, przygotowaliśmy, dzięki jedynemu w naszym oddziale pionierowi Piotrkowi, ognisko, na którym strzelec Mirek oraz kapral Maciek zaczęli gotować grochówkę wojskową, natomiast pozostała część oddziału przystąpiła do napełniania posiadanych worków piaskiem z pobliskiej piaskowni, do utworzenia stanowiska umocnionego dla rkm-u. Po dokonaniu wspomnianych czynności zasiedliśmy do pierwszego w tym dniu ciepłego posiłku. Grochówka, choć nieposiadająca w swoim składzie soli i innych przypraw, została pochłonięta w tempie zaiste niesamowitym. Niektórzy żałowali że tak szybko się skończyła. Po posiłku zasiedliśmy przed ogniskiem, dzieląc się wrażeniami z minionego dnia. W tym czasie, ze względów służbowych, nasze szeregi opuścił strzelec Jarzynka. Około godziny 23.00 odczuwając zmęczenie i senność wszelkie rozmowy w obozie powoli cichły, zastąpione dającym się usłyszeć chrapaniem dochodzącym z niektórych namiotów.
Dystans pokonany tego dnia to około 13 kilometrów.


Dzień drugi, 12 czerwca, niedziela.

Drugi dzień manewrów mieliśmy rozpocząć pobudką o godzinie 8.00. Do tej pory „na nogach” byli strzelec Tofik, strzelec Rambo, strzelec Piotr oraz plutonowy Bartek. Reszta oddziału spała w najlepsze. Po kilku bezskutecznych próbach ogłoszenia pobudki i postawienia śpiących na nogi, przeszliśmy do bardziej radykalnych sposobów. Piotrek odpalił niemałą petardę, która ku naszemu zaskoczeniu nie odniosła spodziewanego skutku. Po kolejnej petardzie dało się zauważyć pewne poruszenie w namiotach. W końcu o godzinie 9.00 zasiedliśmy do śniadania, które składało się z posiadanych konserw, chleba, ogórków i pomidorów, do picia była woda i kawa zbożowa. Po zakończonym śniadaniu przystąpiliśmy do kolejnego etapu manewrów. Według założenia mieliśmy przećwiczyć rozwinięcie tyraliery, natarcie na nieodległe wzgórze i jego zajęcie. Do przebycia mieliśmy około 150-200metrów. Należy stwierdzić, że zakładane elementy wyszły całkiem nieźle, zwłaszcza, że dla niektórych (kadet Kuba) były to pierwsze manewry jak i tego rodzaju impreza. Po dotarciu do celu ataku nastąpił krótki odpoczynek, następnie po komendzie „bagnet na broń” ruszyliśmy do szturmu. Celem było nasze obozowisko. Jako, że niektórym z nas (strzelec Kłosek-senior oraz strzelec Seba) odezwała się niedawna kontuzja oraz trudy marszu dnia poprzedniego, przebycie odległości do obozu podzieliliśmy na dwa etapy. Po „zdobyciu” obozu przystąpiliśmy do ćwiczeń z obsługi granatnika. Mirek przeszkolił kadeta Kubę w składaniu i troczeniu koca do plecaka. Inni zwijali obóz, sprzątali okolicę. O godzinie 10.30 ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety bez strzelca Kłoska seniora, którego doznana kontuzja wykluczyła z dalszego marszu, choć strzelec Kłosek junior, przy ogólnym rozbawieniu pozostałych stwierdził, że to już taki wiek. Mówiąc to, ze zrozumiałych względów, znajdował się dosyć daleko od ojca. W dobrych humorach ruszyliśmy naprzód. Początkowo trasa prowadziła drogą asfaltową (3km), następnie mieliśmy wejść na drogi szutrowe i polne. Po przebyciu około 2 km, Rambo stwierdził, że nie jest w stanie dalej iść w butach. Na pytanie czy chce aby pomóc mu nieść jego rkm, stwierdził, że jeżeli będzie potrzebował takiej pomocy to o nią poprosi. Taka prośba do końca marszu nie padła z jego ust. Z uwagi na kontuzję Ramba, który już do końca szedł bez butów, zmieniliśmy trasę znacznie ją skracając, jednak prowadziła ona już tylko drogą asfaltową. Robiąc krótkie postoje po drodze, w końcu dotarliśmy do mety w Malborku. Radość wszystkich z ukończonego marszu była ogromna. Zapomnieliśmy o obtartych nogach, zakwasach i skurczach mięśni. Stwierdziliśmy, że Rambo jest największym twardzielem rekonstrukcji. Nie oddał w trakcie marszu nikomu, nawet na minutę, swojego „Bronka”, choć stopy miał w opłakanym stanie. Oficjalnie zakończyliśmy manewry o godzinie 13.30, jednocześnie stwierdzając, że następne takie spotkanie odbędzie się w okolicach września – października b.r. Kłosek, jako że to jego grupa miała zająć się organizowaniem kolejnych manewrów, już odgrażał się za pole rzepaku. Wszyscy zgodziliśmy się, że to było w trakcie marszu najgorszym i najbardziej wymagającym etapem i aby to uczcić, zakończonym właśnie manewrom, nadaliśmy kodową nazwę „Operacja Rzepak”.
Dystans pokonany tego dnia to 10 kilometrów asfaltem.

Jako członkowie SRH Marienburg, organizatora manewrów, pragniemy podziękować wszystkim uczestnikom za spotkanie, możliwość wspólnego spędzenia czasu wolnego wśród przyjaciół rekonstruktorów oraz za wspaniałą atmosferę.

W manewrach udział wzięli:
Rambo, Tofik, Kłoskowie Krzysztof i Igor z SGRH Lądowa Obrona Wybrzeża
Piotrek z SRH Pionierzy 40 Pułku Piechoty „Dzieci Lwowskich”
Maciek z GRH Prusy
Bartek, Jarzynka, Seba, Dziara, Mirek i Kuba z SRH Marienburg 65 Starogardzki Pułk Piechoty.

Bartek.

 


 

4.9
Oceń (11 głosów)

 

 

I Pomorskie Manewry Grup Rekonstrukcyjnych - opinie i komentarze

KłosekKłosek
0

Marsz super, rzepakowe pole masakra, którą to w tej chwili wspominam z uśmiechem. Jeżeli mój junior powiedział co w artykule wyczytałem to jak wróci do domu wsadzę go do karceru.

A poważnie to wspaniałe spędzenie czasu w śród ludzi, którzy mają podobną pasję. W tej chwili czekam na marsz w Borach Tucholskich. Do zobaczenia.

(2011-06-20 00:00)
dagadaga
0

Fajne manewry w pięknych okolicznościach przyrody.
Przypomniały mi się harcerskie rajdy, biwaki i obozy...:)
(2011-06-20 00:00)
pi.kopi.ko
0
Choć pogoda była wybitnie niemarszowa (parno) to morale w oddziale do końca były bardzo wysokie (o czym pisał Bartek). Znakomite miejsce wybrane na biwak połączony z ćwiczeniami (zabrakło jedynie wody - choćby stojącej). Przygotowanie organizatorów również na wysokim poziomie, więc na kolejnym marszu pojawię się obowiązkowo. Do zobaczenia jesienią w Borach Tucholskich. 
Kataryniarz :) (2011-06-21 00:00)
pi.kopi.ko
0
Przypomniały mi się harcerskie rajdy, biwaki i obozy...:)
Moja żona skwitowała marsz: Takie SKKT z bronią sobie zrobiliście :D (2011-06-21 00:00)
jacek5414jacek5414
0
Witajcie,dzięki za relację to tak jak bym szedł z Wami.To są moje strony a mieszkam w Szczecinie.W wieku szkolnym chodziłem do Malborka z Nowego Stawu pieszo dla relaksu i również podziwiałem rzepakowe pola.pozdrawiam ,J.K
(2011-06-22 00:00)

skomentuj ten artykuł