GF POINT 2017 Rekonstrukcyjnie

/ 4 zdjęć


Podobnie jak przed rokiem, wraz kolegą Marcinem wzięliśmy udział, jako dwuosobowa reprezentacja Ranger Survival Club w airsoftowym biegu na orientację GF POINT. Impreza jest bodaj największą tego typu w kraju, o czym najlepiej świadczy fakt, że uczestnicy zjeżdżają na Dolny Śląsk z całej Polski (w tym roku impreza nabrała nawet wymiaru międzynarodowego – udział wzięli między innymi podchorążowie AMW z zagranicy).

Obydwaj startowaliśmy w kategorii „Basic” – najprostszej - co wcale nie znaczy że łatwej – i jedynej, w której posiadanie sprawnej repliki ASG nie było wymagane. Tak jak w roku poprzednim zdecydowałem się wystartować w sprzęcie rekonstrukcyjnym. Do startu w oficerkach tym razem zniechęciła mnie pogoda – już dwa tygodnie wcześniej wiadomo było, ze na trasie leży sporo śniegu, a na ocieplenie się nie zanosiło. Według niektórych prognoz, spodziewana odczuwalna temperatura w dniu biegu miała sięgać nawet -14 stopni. Ta informacja skłoniła mnie też do ubrania się nieco cieplej niż poprzednio. Do podstawowego munduru i zestawu radzieckiej bielizny dodałem sweter, szalik i kufajkę, a także trzewiki z owijaczami. Całości dopełniała sukienna rogatywka, pas oficerski z repliką pistoletu TT w kaburze i pełniąca funkcję chlebaka torba od maski przeciwgazowej. Pamiętając o problemie jakim w zeszłym roku był niedobór wody, wziąłem ze sobą dwie pełne jej manierki, w tym jedną dla łatwiejszego dostępu umieściłem w chlebaku.

W piątek wieczorem dotarliśmy do szkoły w Marciszowie pełniącej funkcję bazy dla całej imprezy oraz mety biegu. Pierwsze wrażenia zdawały się potwierdzać niekorzystne prognozy – temperatura powietrza w okolicach -5 stopni i silny wiatr nie nastrajały zbyt optymistycznie. Zarejestrowawszy się w biurze zawodów udaliśmy się na nocleg (przewidziany na Sali gimnastycznej) i posiliwszy się poszliśmy spać.

W sobotę wiatr nieco się uspokoił, dzień zapowiadał się cieplejszy niż sądziliśmy, mimo wszystko jednak nie zdecydowałem się zostawić kufajki. Rudawy Janowickie nie należą może do najwyższych gór, ale także tutaj pogoda potrafi być nieprzewidywalna. Po obowiązkowej zbiórce zostaliśmy przewiezieni autobusami do Janowic Wielkich, gdzie na terenie miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji rozdano nam mapy, przypomniano zasady i po szybkim odliczaniu rozpoczęliśmy bieg.

Punkty kontrolne zostały umieszczone w takich miejscach, że pierwszą moją myślą było pobiec do punktu 1 po zaliczeniu przedtem tych położonych na południe od Janowic, ale rzut oka na godziny otwarcia punktów zniechęcił mnie do tego pomysłu – punkty 1 i 2 zwijały się o godzinie 12, tymczasem start wypadł o 9:15. Nie mając wielkiego wyboru, ruszam na punkt pierwszy. Krótki bieg przez miasto i wzdłuż drogi, potem ostre podejście na szczyt góry Popiel i już pierwsze zadanie – szczęśliwie bardzo proste – 22 pompki. Dwie szybkie serie, podbijam kartę i biegiem na dół, kieruję się na punkt nr 3. Według mapy najkrótsza droga tam wiedzie pod górę przez łąki do Miedzianki. Na mapie widać nawet oznaczoną drogę. Niestety droga szybko znika pod śniegiem, a łąki okazują się pastwiskami poprzecinanymi ogrodzeniem z drutu kolczastego, kończą się zaś bramą, której dolne krawędzie giną pod lodem w zamarzniętej do dna kałuży. Udaje mi się przeskoczyć bramę i złapać równowagę na lodzie, ale to nie koniec ogrodzeń z drutu. Jeszcze trochę pod górę i docieram do trzeciego punktu kontrolnego. Test z wiedzy o piechocie górskiej – praktycznie co rok jest jakiś test zahaczający o ten temat. I jak co roku – wstyd przyznać - niewiele pamiętam. Wymagany własny długopis – jeśli ktoś nie ma – karne pompki. Na szczęśnie w kieszeni mam stary dobry ołówek. Niewiele to niestety pomaga – opuszczam punkt z przekonaniem, nałapałem karne minuty za błędne odpowiedzi.

Szybki bieg w dół zbocza, marsz drogą asfaltową, zakręt w drogę leśną i za chwilę docieram do punktu nr 2. Podbicie karty i idę dalej, kierując się na „czwórkę” dobrze oznaczony szlak turystyczny ułatwia dotarcie, jednak w połowie staję jak wryty – cała szeroka droga pokryta zamarzniętym wodospadem. Bez raków – nie ma szans przejść, schodzę na bok by ominąć lód i trafiam na strumień. Woda wygląda na czystą, więc uzupełniam manierkę – do połowy już wypitą – kufajka niestety sprawiła, że cały czas byłem zapocony. Jakoś udaje mi się ominąć lód nie przemaczając przy okazji butów. Jeszcze trochę pod górę i docieram do ruin zamku Bolczów. Zadanie testowe, ale trochę inne – na terenie zamku, w miejscach niekoniecznie oczywistych powywieszane kartki z opisem zamku i jego historii, na podstawie których można rozwiązać test. Niektóre naprawdę sprytnie ukryte, a jedna zostawiona „dla podpuchy” – nie dająca odpowiedzi na żadne z pytań, ale nieuważne przeczytanie może prowadzić do zaznaczenia błędnej odpowiedzi (pytanie o mieszkańców zamku w XIV wieku, kartka wspominała jego mieszkańców… w wieku XVII). Krótka przerwa na przywitanie z chłopakami z GRH 1 PSP AK, którzy „robili klimat” na zamku, podbijam kartę i lecę dalej, do punktu nr 5. Stamtąd drogą asfaltową do punktu 7. Alpinistyka. Wejście na skałę o własnych siłach (z asekuracją) i zjazd na linie. Można mieć odjęte 30 minut od czasu. Szybkie zastanowienie – 3 osoby w kolejce, w najlepszym razie – 5 minut na każdą, a pewnie 10. Przy moim lęku wysokości – 10-15minut na wejście, do tego zmęczenie mięśni… Ponieważ kary za niewykonanie zadania brak, podbijam kartę i biegnę z powrotem na dół, by po chwili ponownie pod górę skierować się na punkt 6, stamtąd prosta droga do „ósemki”, ale po drodze dopada mnie pierwszy kryzys. Może to odwodnienie, a może ogólne osłabienie, ale przez chwilę wlokę się noga za nogą. Przepoconą kufajkę można by wykręcać, ale nie mam co z nią zrobić, więc nie zdejmuję. Podejrzewam, że jej masa wzrosła znacząco… Wypijam małymi łykami prawie pół manierki, zagryzam czekoladą i kawałkiem boczku (tak, wiem, jak to do siebie pasuje) i jakoś dochodzę do punktu nr 8. Jak na złość – akurat wysiłkowy: 5 pajacyków, czołganie, machanie liną i bieg z ciężarkiem pod i nad przeszkodami. Stojąc w kolejce mogę trochę odpocząć, co pozwala mi bez większych problemów zrobić trzy pierwsze zadania (choć rzucając się do czołgania na ubity prze licznych poprzedników śnieg boleśnie obijam kolano), chwytam ciężarek i czuję, że nie dam rady pobiec. Przechodzę powoli ostatni tor (przy okazji powtórnie obijając sobie kolano – tym razem obciąznikiem), i wracam na start. Nie zmieściłem się w normie – będą karne minuty.

Na szczęście droga do następnego punktu – nr 11 - wiedzie asfaltem w dół, wiec udaje mi się jakoś złapać oddech. Widząc, że punkt mieści się w budynkach stadniny koni czuję przypływ nadziei – może każą składać ogłowie na pamięć? Pudło – test teoretyczny z pierwszej pomocy. Też nie najgorzej, choć przy kilku pytaniach mam wątpliwości. Oddaję test, podbijam kartę i ruszam dalej. Już wcześniej doszedłem do wniosku, że do „dwunastki” lepiej iść na azymut zamiast trzymać się dróg. Trochę pod górę, przez pola – nie powinno być trudno. Niestety, pola pokryte są dość grubą warstwą śniegu, próbuję więc w miarę możliwości manewrować po „łysych plackach”, starając się skorygować azymut – niezbyt to wychodzi o czym przekonuję się słysząc coraz bliżej strzały – ani chybi zbliżam się do strzelnicy dla kategorii Pro i Team, co oznacza, ze zszedłem za daleko na południe. Odbijam na północny wschód i niestety trafiam na gęsto zarośnięty krzakami, mocno podmokły las. Pod warstwą śniegu –  powalone drzewa, błoto i rozlewiska strumieni. Buty mam już całkiem przemoczone. W końcu docieram do drogi – na szczęście oznakowanej jako ścieżka dydaktyczna – tuż obok skrzyżowania. Jest ono tak charakterystyczne, że nie mam wątpliwości gdzie wyszedłem. Wprawdzie do punktu muszę się kawałek cofnąć, ale droga jest prosta. Siadam na chwilę by poprawić odwiązany owijacz i dochodzę do wniosku że dopadł mnie drugi kryzys. Łapię pięć minut odpoczynku i opróżniam do dna pierwszą manierkę, po czym ruszam dalej. Na punkt docieram już bez problemów. Korzystam z gościnności obsługi i z herbatą w ręku siadam do kolejnego zadania – test z wiedzy o Rudawskim Parku Krajobrazowym – trzeba było patrzeć na tablice dydaktyczne mijane w kilku miejscach – niestety większość pytań mnie przerasta - muszę strzelać. Będą kolejne karne minuty. Na szczęście świadomość że zostały już tylko dwa punkty i ciepła herbata zagryziona resztką czekolady działają jak zastrzyk energii – szybkim krokiem ruszam w dół… i niestety okazuje się, ze droga do Wieściszowic nie będzie tak przyjemna jak się wydawało – niezbyt równa droga polna zasypana jest śniegiem. Przejście okazuje się męczące – czuję, że obtarłem pięty, mokre wełniane skarpety sprawiają wrażenie, jakby były zrobione twardej juty…  Tymczasem do następnego punktu trzeba podejść jeszcze kawałek pod górę.  W końcu docieram. Kolejny punkt z nieobowiązkowym zadaniem – strzelnica ASG, kolejka mała, zastanawiam się nad przystąpieniem do zadania (kilka stanowisk, zadania różne), ale dochodzę do wniosku, że czas mam nienajlepszy. Podbijam kartę i zbiegam na dół. Dalsza droga wygląda znajomo – wiedzie obok miejsca, gdzie w zeszłym roku był jeden punktów kontrolnych. Również punkt dziesiąty, do którego docieram już bez problemów mieści  się w tym samym miejscu co ostatni punkt w zeszłym roku. Tu niespodzianka – zamiast przystępować do ostatniego zadania można uderzyć w dzwon i zrezygnować z dalszego udziału, zjeść kiełbaskę, wypić herbatę… Biorąc pod uwagę, że był to punkt najbliższy mety, wątpię, by ktokolwiek się na to zdecydował. Zamiast więc bić w dzwon przystępuję do zadania – test wiedzy ASG – szereg dziwacznych części, które trzeba rozpoznać. Nie mam zielonego pojęcia co jest co, więc strzelam. Oddaję test i od razu dostaję wyniki. Tylko dwa pytania trafiłem – tu się dopiero minuty posypią… Ostatni kawałek już po równym, choć obtarte nogi dokuczają, dość szybkim krokiem docieram do mety. To już koniec, ale ta edycja jednak dała mi w kość bardziej niż poprzednie…

Podsumowując: W tym roku bieg oceniłbym jako trudniejszy – wprawdzie trasa pozwalała na łatwiejsze nawigowanie niż w zeszłym roku, ale za to więcej było odcinków typowo górskich. Swoje też zrobił śnieg i lód. Brak również było wcześniejszych informacji w zakresie tematyki testów (w zeszłym roku można się było przynajmniej obkuć z historii Arado), ale z drugiej strony – do obu „krajoznawczych” testów można się było nauczyć na bieżąco, w trakcie biegu. Dystans wypadł(przynajmniej dla mnie) nieco krótszy niż w roku ubiegłym – przeszedłem około 25 km, co było też najkrótszym sugerowanym przez organizatora dystansem t tej kategorii.

Sprzęt, tak jak i w zeszłym roku sprawdził się. Jedyne czego żałuję, to że wziąłem kufajkę. Wystarczyłaby pałatka, jak w zeszłym roku, która w razie czego ochroniłaby przed wiatrem, daje się złożyć i przewiesić przez ramię, no i nie poci się człowiek pod nią tak bardzo. Buty – typowe skórzane trzewiki na gumowej podeszwie spełniłyby swoje zadanie w pełni gdybym ich nie przemoczył – dobrze dobrana skarpeta pozwala w takich butach poruszać się wygodnie, choć oczywiście we współczesnych butach trekkingowych na pewno byłoby przyjemniej, a już z pewnością lepiej by się biegało.

Najważniejszy swój cel osiągnąłem – po raz kolejny udało się udowodnić, że na sprzęcie rekonstrukcyjnym da się zrobić to samo co używając osiągnięć współczesnej mysli technicznej – gore-texów, odzieży termoaktywnej itp. Ogólny wynik też wypadł niezły – rzeczywisty czas dotarcia (6 godzin 57 minut) dawał mi miejsce około 25-30, niestety łącznie zebrałem godzinę i dziesięć minut czasu karnego, co ostatecznie pozwoliło mi zająć miejsce 47 na 92.

 

Jak zwykle nie załapałem się na żadne oficjalne zdjęcia, ale przynajmniej widać mnie na tym filmie:

https://www.youtube.com/watch?v=TpAaTYDg0Kk

(w scenie startu kategorii – 1:39)

Sam też nie bardzo miałem czas i chęci do robienia zdjęć, ale przynajmniej jest co wrzu

 


 

5
Oceń (4 głosów)

 

 

GF POINT 2017 Rekonstrukcyjnie - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł