Car Mikołaj II pod Warszawą

/ 2 zdjęć


Wielka wojna właśnie się rozpoczęła. 17 i 18 grudnia 1914 cesarz Mikołaj II był na pierwszej linii frontu w Kraju Przywisłańskim, jak wówczas nazywano ziemi polskie, wchodzące w skład imperium Romanowów. Napisali o tym wielu gazet tak rosyjskich jak i europejskich. Szczególnie ciekawy komentarz został opublikowany w czasopiśmie «Летопись войны 1914 года». Konieczne jest zamieszczenie tego komientarzu bez skrutów, niepotrzebnych komientarzy z zachowaniem stylu prasy przedrewolucyjnej. Tak więc, moim zdaniem, lepiej odebrać smak tej epoki.
«My (red.) miełi okazję rozmawiać z jedną osobą, która była w Warszawie, przed świętami Bożego Narodzenia i zobaczyła żołnierzy, których na froncie odwiedził cesarz. Oto opowiad tej osoby:. «Obudziłem się o świcie na jednej ze stacji dróg Przywisłańskich od hałasu głosów i dźwięków «Marszu Przeobrażeńskiego». Słyszałem też rozkazy «Левый фланг осади!», «Голову выше», «Тверже ногу».
Wysiadłem z pociągu, przede mną byli ogromne, piękne mężczyźni w szarych papachach. Na prawym skrzydle była flaga, a bardziej na prawo - chór. Tutaj na platformie było kilku oficerów, niewiele się różnili od żołnierzy. Były one w tych samych żołnierskich płaszczach, w dużych butach, papachach, i dopiero po bliższym przyjrzeniu można było zobaczyć naramienniki oficerów z gwiazdami i paskami. To byli oficerowie jednego z najliepszych naszych pulków!
Widok tych ludzi, ich dobry humor, robili bardzo mocne wrażenie. W tym czasie, gdy dopiero zaczynał się dzień zimowy po polu, pokrytemu śniegiem, przybywali żołnierzy, których w tym dniu musiał zobaczyć Cesarz. Półki szli szybkim, gładkim, pięknym krokiem: kompanii, baterii i sotni zostali ustawione w pożądku, wcześniej ustawionym.
Car przyjechał do swego wojska po 5 miesiącach niezwykle brutalnej wojny. Wydaje się, że po tak zawziętej walki, po takich wielkich stratach, trudno było oczekiwać, że Cesarz zobaczy swoje stare, piękne półki. A jednak przed carem staneli te same ludzi, jak i 200 lat temu, czyli za czasów Piotra Wielkiego. Ogromne żolnierze pierwszego pułku, a następnie czarniawe, z zadartym nosem strzelcy, przystojne kazace, wielkie artylerzyści...
I to wszystko po 5 miesiącach wojny. Jak sporo ludzi u nas w Rosji, jeśli nie tylko można uzupełnić straty, ale także utrzymać charakterystyczną piękność każdego pułku. Jeżeli w tych oddziałach obecnie na wojnie nie było umundurowania gałowego, a jednak wszędzie można było zobaczyć piekny widok żołnierzy. Papachi, lekko podarte płaszcze, niewidoczne szare naramienniki, i przy tym piękny wygłąd.
Żołnierzy, każdy osobnie i wszyscy razem znali swoją wartość. Więcej niż jeden raz patrzyli śmierci w oczy i po raz kolejny okryły się chwałą. Jakby zobaczyliscie, jak oni witali swego Imperatora! Tu była bezgraniczna oddaność Caru i świadomość, że mogą śmiało patrzyć w ocze Cesarzowi, po tym jak oni spełnili swój obowiązek przed tronem i Ojczyzną.
Wojska byli postawione dlugimi szarymi szeregami na polu, pokrytym śniegiem. Cesarz powoli przechodził przez szeregi, witał każdą kompaniję, dostawał informację od każdego z oficerów o walecznej przeszłości każdego z pulków. Po tym Jego Mość zarządała zawołać z każdej z kompanij, sotni lub baterii po pięc osób, przedstawionych do nagrodzenia orderem Św. Jerzego za waleczność. Z szeregów zaczęłi wybiegać wysokie ludzi.
Jego Cesarska Mość zaczął obchodzić tych bochaterów i osobiście wręczał Krzyż Georgijewski. Cesarz pytał, co zrobił każdy żołnierz, za co jemu nadana nagroda, czy został ranny, w jakiej kompanii służy. Ci, którzy mieli szczęście być przy tym historycznym obchodzie cesarza swoich żołnierzy-bochaterów, mógł usłyszeć, niekończącą historię żołnierskich cnot i odwagi.
Jeśli przekazać wszystko to, co usłychał Jego Cesarska Mość w tych dniach o męstwie swoich żołnierzy mozna było by o tym napisać dość obszerną książkę. Bez przesady, szczerze mówiąc, możemy stwierdzić, że często słyszał Cesarz takie wiadomości, które zmuszałi z wielkim szacunkiem stawić się do człowieka, o którym mówiono. Byli tacy, którzy przez kilka dni, z przyczyny wybycia z szeregów oficerów, nie tylko dowodziłi kompanią, ale nawet batalionem. Byli tacy, którzy dowodziłi garstką w 20-30 osób. brali do niewoli 200 Niemców. Niektóre przetrwałi i spełnili zadania w takich okolicznościach, gdy ze 150 ludzi pozostawało żyjących 7-8. Wszystko to było i o tym wszystkim usłyszał cesarz osobiście od swoich przełożonych, a od samich żołnierzy.
Otrzymałi Św. biały krzyż Jerzego i osóby w wieku po 40 lat, i dzieci-wolontariuszy 14-16 lat. Gdy cesarz nadawał Krzyża, kiedy żołnierz dziękował Jego Cesarskiej Mości cały zespuł carskich przełożonych razem z Cesarzem przechodził obok nagradzonego. Żołnierze bez czapek, całowałi krzyż, a następnie zaczepiałi go do piersi.
Cesarz w każdym pulku dlugo rozmawiał z oficerami. To byłi własnie przyjacielskie rozmowy drogiego ojca ze swoimi dziećmi. W słowach Cesarza było durzo bezgranicznej miłości do swych oficerów. I to było pocieszające! Udział oficera - święty, z pewnością najbardziej czcigodna ze wszystkich rodzajów służby Ojczyznie. Ale mój Boże, jak trudna ona jest na wojnie! Oficer prowadzi walkę nie tylko nie mniej, ale więcej niż żołnierz, on myśli, i sercem choruje o to, co musi robic zołnierz, on dysponuje życiem żołnierza, nosząc całą odpowiedzialność za to przed Bogiem i ludźmi, a sam w tym czasie znajduję się pod wiele większym zagrożeniem. Przecież każdy wie, że straty wsród oficerów większe niż wśród żołnierzy. A to dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że oficer rosyjski nie kryje się, nie próbuję uniknąć niebezpieczeństwa, a z przodu kieruje swoimi żołnierzami i podzieła ich łos. Wróg zabiwa oficerów, a straty wsród naszych oficerów ogromne. Dlatego oficerowie ubrany w ten sam strój co i żołnierzy i zdjęłi wszystkie zewnętrzne oznaczenia.
Żołnierz Rosyjski dobrze rozumie wartość oficerów. Na wszelkie sposoby, za wszelką cenę stara się chronić swego dowódce kompanii, dowódce eskadronu, ale rzadko to uda się zrobić.
Cesarz z całego serca zrozumiał zasługi naszych oficerów. W nadaniu pierwszych oficerskich stopni Cesarz zawsze mówi: „Uważajcie na swoje, drogie dła mnie i Rosji życie. Wiem, że jesteście odważne, ale nie ryzykujcie swoim życiem bez konieczności”. Car rosyjski dobrze wie, że jego dobre słowo wielka nagroda za dzielną służbę dła oficera rosyjskiego.
Ci szczęśliwcy, którzy widzieli jak Cesarz 17 i 18 grudnia rozmawiał na polach bitew koło Warszawy z oficerami, po pięću miesięcach ich dzielnej służby Ojczyźnie, nigdy nie zapomnę tych dni.
Gdy cesarz w jego ostatnim dniu pobytu wśród żołnierzy pod Warszawą wszed do wagonu, żołnierze rzucili się żegnać Jego Cesarską Mość. Biegli wokół wagonu, machając czapkami krzycząc „hura!”.
Oczywiście, po tym wszystkim jest świadomość, że z takim wojskiem Rosja nie może nie zwyciężyć, bez względu na przeciwnika, bez względu na siłę niemieckich, austriackich i tureckich wojsk.
Gdy pociąg carski zniknął, wojska zaczęłi rozpędzać do ich mieszkań, wszędzie można było usłyszeć piosenki bojowe. To wszystko brzmiało tak jakby było to szczęśliwe życie obozowe w czasie pokoju, a nie zimny, grudniowy wieczór w pobliżu wroga, po 5 miesiącach wojny.
Nie móg autor tego tekstu wiedzieć, że już po trzech latach większość z tych żołnierzy powrócą bagnety przeciwko swoich oficerów, zaczną niszczyć portrety Mikołaja Romanowa i zrzucać rosyjskie państwowe symboli z gmachów urzędów.
Nie wiedział o tym i rosyjski car. Wtedy pod Warszawą, w ten grudniowy wieczór 1914 r. wierzył on w zwycięstwo broni rosyjskiej. Jednak jego państwo było juz brzemenne buntem. Krwawym i bezlitosnym...

 


 

5
Oceń (7 głosów)

 

 

Car Mikołaj II pod Warszawą - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł