1939 - Szwadron Krakusów Gdyńskich swemu Miastu i Ojczyźnie...

/ 1 komentarzy

„Szwadron Krakusów Gdyńskich” powstał w miejscowości Cisowa koło Gdyni latach 1933- 1934 z inicjatywy ppor. rez. 18 pułku ułanów Pomorskich Jerzego Zaleskiego (którego dzieło kontynuował następnie wachmistrz rezerwy 13 pułku ułanów Wileńskich Stanisław Krawczyk) jako oddział Przysposobienia Wojskowego Konnego „Krakus”. Jednostka składała się początkowo z okolicznych furmanów, rolników i gdyńskiej młodzieży, którzy zgłosili się do niej ochotniczo chcąc zdobyć niezbędne wyszkolenie kawaleryjskie, przydatne w razie konieczności obrony swego miasta, Wybrzeża i Ojczyzny. Dzięki energii wachmistrza Krawczyka oraz zaangażowaniu członków oddziału, pomocy miasta, wojska i społeczeństwa, krakusi gdyńscy w 1935 r. stanowili już zwarty pluton kawalerii. Pierwszy publiczny występ formacji (w szyku pieszym) miał miejsce w dniu 03.05.1935 r. w Gdyni, zaś debiut konnego pododdziału odbył się również w Gdyni w dniu 11.11.1936 r. Żołnierze szwadronu (rezerwiści i przedpoborowi broni jezdnych Wojska Polskiego) w ramach Miejskiego Komitetu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego ćwiczyli: jazdę konną, władanie bronią białą, strzelanie z karabinka kawaleryjskiego, służbę polową i sanitarną oraz długotrwałe marsze, współpracując również z jednostkami regularnego Wojska Polskiego.
W lutym 1939 r. dowódcą szwadronu został kapitan artylerii konnej doktor prawa Mieczysław Budek. Wobec zbliżającego się zagrożenia ze strony hitlerowskich Niemiec, zintensyfikowano szkolenie oddziału i przydzielono gdyńskich krakusów do sił Morskiej Brygady Obrony Narodowej. Jednocześnie szwadron podporządkowano bezpośrednio rozkazom Dowódcy Lądowej Obrony Wybrzeża pułkownikowi piechoty Stanisławowi Dąbkowi i skierowano go do Oddziału Wydzielonego „Redłowo”, którego zadaniem była obrona Gdyni od strony Wolnego Miasta Gdańska.
W dniu 1 września 1939 r., w pierwszych godzinach II Wojny Światowej, szwadron bronił głównej linii polskiego oporu w rejonie Małego Kacka. Następnie w dniach 1- 4 września 1939 r. dzielnie odpierał niemieckie ataki, twardo trzymając pozycję nad plażą w Orłowie Morskim i skutecznie nękając nieprzyjaciela własnymi patrolami.
Rozkazem płk Dąbka, w dniach 5- 7 września w Gdyni- Grabówku, szwadron przeistoczył się w konny oddział rozpoznawczy Dowództwa L.O.W., uzbrojony również w karabiny maszynowe na taczankach. Szeregi oddziału zasilili kawalerzyści rezerwy, którzy wobec odcięcia Wybrzeża od reszty kraju, nie mogli się dostać do swych macierzystych jednostek walczących w głębi Polski. W dniu 7 września o godzinie 14.00 gdyńscy krakusi w szyku konnym zameldowali swą gotowość do dalszej walki całemu sztabowi L.O.W., w jego miejscu postoju w blokach Etapu Emigracyjnego na Grabówku. Płk Dąbek, przyjąwszy ze wzruszeniem raport tej garstki gdyńskich straceńców, tak wówczas do nich przemówił:” Zapałem i wolą walki jesteście żołnierzami Waszej kochanej, obecnie od kraju odciętej Gdyni. Wasza improwizowana broń, sprzęt wojenny i Wasza gotowość, to już początki bohaterstwa. Ja Waszą ofiarę, Wasze poświęcenie przyjmuję. Gdynia uczci kiedyś Wasz zryw i Waszą ofiarę!”.
Na mocy rozkazu Dowództwa L.O.W. z dnia 6 września do szwadronu przybył porucznik rezerwy kawalerii Wincenty Spyrłak, który w dniu 7/8 września na czele I plutonu gdyńskich krakusów udał się na rozpoznanie dalekiego przedpola polskich pozycji w celu wyjaśnienia panującej tam sytuacji. W dniach 8- 12 września plutony gdyńskiego szwadronu rozpoznawały zamiary, siły i działania wroga. Oba pododdziały, niezależnie od siebie, działały lokalnie na korzyść walczących tam batalionów (I i IV) Obrony Narodowej, zaś w szerszym aspekcie dostarczały bezcennych wprost informacji sztabowi D.L.O.W. Można śmiało powiedzieć, iż gdyńscy krakusi byli wówczas oczami i uszami dowództwa obrony Wybrzeża. W tych ciężkich dniach wielokrotnie dochodziło do ostrego kontaktu ogniowego z wrogiem, który spowodował pierwsze większe straty w oddziale. W dniu 11/12 września gdyńscy kawalerzyści brali udział w nocnym kontrataku i dziennym natarciu na wieś Łężyce, ponownie ponosząc krwawą ofiarę. W nocy z 12/13 września gdyńskie krakusy (zgodnie z rozkazem- do samego końca!) ubezpieczały drogi odwrotu wojsk polskich na ostatni skrawek wolnej, gdyńskiej ziemi- Kępę Oksywską. Gdy wszyscy obrońcy Wybrzeża i Gdyni przeszli już na Kępę, świtem 13 września po raz ostatni konno i z rozwiniętymi na lancach granatowo- szkarłatnymi proporczykami, w ich ślad podążyli również gdyńscy krakusi.
Na Kępie Oksywskiej rozpuszczono zbędne konie, pozostawiając jedynie wierzchowce przydatne w służbie łącznikowo- meldunkowej. Rzędy i lance (niepotrzebne w tej sytuacji) wyrzucono do morza, zaś kwiat gdyńskiej kawalerii wgryzł się w ziemię (jako kompania strzelecka) broniąc pozycji na skraju lasu Szwaby między Pogórzem a Obłużem. Gdyńscy krakusi niestrudzenie trwali pod stałym ogniem nieprzyjacielskiej broni maszynowej, artylerii lądowej i okrętowej oraz pod gradem bomb lotniczych. Poległo wówczas wielu żołnierzy oddziału, wielu odniosło też rany, w tym dowódca oddziału kpt. Budek. Lecz dzielni gdyńscy kawalerzyści wytrwali na powierzonych im stanowiskach do końca. 17 września gdyńscy krakusi wspierali w obronie wejherowski 1 Morski Pułk Strzelców. Rankiem 18 września krakusi z Gdyni, wspólnie z odwodową kompanią piechoty kapitana Adama Pasiewicza, natarli w silnym ogniu nieprzyjaciela na płonące Pogórze, które utrzymali pod ciężkim ostrzałem przez cały dzień. Wieczorem tego samego dnia, wobec ogromnej przewagi nieprzyjaciela, zmuszeni zostali do powolnego cofania się w stronę Obłuża, ciągle stawiając wrogowi zajadły opór. Od rana 19 września położenie gdyńskich kawalerzystów było z godziny na godzinę coraz bardziej tragiczne, lecz oddział jako zwarta formacja walczył nadal. Bohaterski bój gdyńskich krakusów zakończył się około godziny 14.00 w rejonie strzelnicy na Obłużu a więc na kilka godzin przed ustaniem wszelkich działań zbrojnych na Kępie Oksywskiej.
Żołnierze szwadronu (już jako jeńcy wojenni) zostali przewiezieni w głąb Niemiec, gdzie oficerów umieszczono w oflagach, zaś szeregowych skierowano do przymusowej pracy.
Trudno dziś oszacować dokładne straty szwadronu, najprawdopodobniej w trakcie działań wojennych poległo około 17 gdyńskich krakusów, rany odniosło około 35, w tym wszyscy oficerowie. Płk Dąbek, wśród walczących pod jego komendą oddziałów, jako jedyną nieregularną formację, wyróżnił właśnie szwadron krakusów z Gdyni za jego wybitne męstwo, skuteczność i ofiarność.
Do dnia dzisiejszego jedynym znanym żyjącym gdyńskim krakusem jest porucznik w stanie spoczynku Stanisław Górski, udekorowany m. in. Krzyżem Walecznych i Medalem za Wojnę Obronną Polski 1939 r., mieszkający obecnie w Gdyni.
Por. Górski jest także Honorowym Prezesem powstałego w 2004 r. z inicjatywy Wojciecha Klońskiego Stowarzyszenia „Gdyński Szwadron Krakusów”, którego członkowie kultywują tradycję swych godnych Poprzedników oraz poszukują wszelkich informacji na temat historii gdyńskich krakusów. Członków stowarzyszenia spotkać można na wielu uroczystościach i inscenizacjach batalistycznych w regionie pomorskim oraz na terenie całego kraju. Współcześni krakusi, wraz z innymi ludźmi dobrej woli, chcą by urzeczywistniły się wypowiedziane ongiś przez płk Dąbka, w owym pamiętnym Wrześniu 1939 r. słowa, iż uczczony zostanie kiedyś zryw i ofiara dzielnych gdyńskich „malowanych dzieci”. Oby nastąpiło to jak najszybciej.

Autor: Wojtek Kloski, członek SGRH LOW

 


 

3.2
Oceń (5 głosów)

 

 

1939 - Szwadron Krakusów Gdyńskich swemu Miastu i Ojczyźnie... - opinie i komentarze

siemieryksiemieryk
0
Tak się składa, że mój Ojciec Wiktor Jędrzejczak był szeregowym członkiem tej formacji. Znałem też osobiście porucznika Spyrłaka. Generalnie tekst jest zgodny z prawdą, z tym, że przynajmniej mój Ojciec najpierw trafił do Stalagu. Dopiero po paru latach został zwolniony do pracy przymusowej w Niemczech. Była to dość ciekawa anegdota. Kiedy im Niemcy zaproponowali dobrowolną rezygnację z praw kombatanckich i zgłoszenie się do tzw. "robót" wszyscy odmówili. Po kilku dniach mieli apel, a następnie pod strażą w szyku zwartym wymaszerowali z obozu. Maszerowali tak około dwóch godzin, po czym straże zniknęły. Zatrzymali się w środku Niemiec w polskich mundurach i zastanawiali co robić. Trwało to jakieś 15 minut aż przyjechało Gestapo i zawiadomiono ich, że są na ucieczce z obozu i mają wolny wybór: albo dobrowolnie zgłoszą się do pracy w Niemczech albo zostaną rozstrzelani za ucieczkę z obozu. Wtedy wszyscy "dobrowolnie" zgłosili się do pracy. Mój Ojciec wylądował w gospodarstwie pod Rostockiem i temu zawdzięczam swoje istnienie, gdyż w Rostocku poznał moją Matkę, która ze Święcian Wileńskich została wywieziona do pracy w fabryce samolotów Focke-Wulf.

W trakcie obrony Orłowa pod moim Ojcem zabito konia, ale następnie on zastrzelił jakiegoś Niemca i zdobył jego konia, na którym walczył przez kilkanaście dni. Ostatnie 2 dni spędził (nie mając już amunicji) na plaży na Oksywiu, w jakimś dołku. Dalej już się wycofywać nie mogli. Porucznik Spyrłak zawsze namawiał Ojca, aby ten napisał swoje wspomnienia, ale to się nie stało, więc znam tylko urywki z takich uwag, do których dzieci nie przywiązują wagi: o tu zabito mi konia, o tu mieliśmy postój w trakcie transportu do Niemiec itd.

Z poważaniem

Wiesław Wiktor Jędrzejczak
(2013-02-14 00:00)

skomentuj ten artykuł