:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Kawaleria, Lesław Kukawski konie kawalerii - zdjęcie, fotografia

Kiedy w roku 1919 ukazała się „Tymczasowa instrukcja dla rejestracji koni remontowych” i rozkaz Ministerstwa Spraw Wojskowych w Dzienniku Rozkazów Wojskowych z tegoż roku, wyznaczający przy każdym Okręgu Wojskowym stałą Komisję Remontową oraz podający jak zakupywane konie maja być klasyfikowane, obowiązywał podział na cztery klasy: wierzchowe oficerskie, kawaleryjskie, artyleryjskie i taborowe. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości, podczas wojny polsko-sowieckiej, nie zwracano specjalnej uwagi na przynależność koni do właściwego typu, ponieważ panował ogólny niedobór koni nie tylko w armii, ale i w całym kraju i wcielano do szeregów nie to co należało, lecz to co było możliwe. Oczywiście starano się dobierać dla kawalerii konie wierzchowe, a dla artylerii pociągowe, ale instrukcja nie dzieliła wtedy koni na właściwe dla poszczególnych rodzajów artylerii – polowej, ciężkiej i konnej, a także górskiej. W praktyce Komisje Remontowe starały się dobierać konie tak, aby były odpowiednie do ciężaru, który miały ciągnąć.

Dopiero w maju 1923 roku rozpoczął się pierwszy zakup koni, zorganizowany przez pokojowe Komisje Remontowe. Okazało się jednak, że kraj po zniszczeniach wojennych nie ma zupełnie koni zdatnych do wojska. I chociaż Polska miała już w tym czasie około 4 milionów koni, to stan ówczesnej hodowla koni był zastraszający.

Kupowano wówczas do wojska konie według następującego podziału: wierzchowe oficerskie powyżej 155 cm wzrostu, wierzchowe szeregowych powyżej 152 cm wzrostu, zaprzęgowe artyleryjskie lekkie powyżej 152 cm, taborowe lekkie powyżej 148 cm, ciężkie artyleryjskie 152 cm wzrostu, ciężkie taborowe 146 cm wzrostu, konie juczne o wzroście 134 – 146 cm. Z powodu dużych niedoborów koni w armii, Ministerstwo Spraw Wojskowych wydało rozkaz, na mocy którego nie wolno było przeprowadzać normalnych brakowań koni w oddziałach na zasadzie wyłączania z szeregów stałego procentu koni starszych, a wybrakować wolno było tylko w razie zupełnej niezdatności do służby.

Kiedy zaczęto grupować w oddziałach konie jednej maści, spotkało się to ze sprzeciwem Ministerstwa Spraw Wojskowych, w formie rozkazu zakazującego takich poczynań, gdyż przy słabym materiale końskim, mogło to doprowadzić do zróżnicowania wartości koni, a tym samym oddziałów. Ten rozkaz został anulowany po kilku latach, kiedy konie kupowane przez Komisje Remontowe były już pierwszorzędnej jakości.

Terytorium kraju zostało podzielone na rejony, które obsługiwały cztery komisje remontowe: nr 1 w Lublinie dla województwa lubelskiego, wołyńskiego, nowogródzkiego, poleskiego i wileńskiego, nr 2 w Warszawie dla województwa łódzkiego, warszawskiego, białostockiego i części pomorskiego, nr 3 w Krakowie na teren województwa krakowskiego, lwowskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego, śląskiego i kieleckiego, nr 4 w Poznaniu dla województwa poznańskiego i części pomorskiego. W roku 1928, po reorganizacji służby remontowej zmniejszono ilość komisji remontowych do trzech, ze zmienionymi numerami: nr 1 w Warszawie, nr 2 w Poznaniu i nr 3 w Krakowie.

Komisje remontowe podczas zakupów przestrzegały bardzo ostrych i bezkompromisowych przepisów klasyfikacyjnych, biorąc koniecznie wyłącznie od hodowców, z pominięciem handlarzy. Kupowano konie wszystkich maści, z wyjątkiem srokatych. W okresie pokojowym zaniechano kupna ogierów, biorąc wyłącznie wałachy i klacze.

W okresie międzywojennym podział na obowiązujące w wojsku typy koni parokrotnie się zmieniał. W roku 1926 obowiązywał następujący: typ kawaleryjski pod ciężką wagę (minimum 155 cm wzrostu), kawaleryjski pod lżejszą wagę (minimum 150 cm wzrostu), artylerii polowej i konnej (minimum 152 cm), artylerii ciężkiej (156 cm), konie juczne, zwłaszcza hucuły i koniki, wzrostu dowolnego.

Zrzeszenia hodowców zaczęły urządzać wystawy koni i pokazy koni remontowych, jeszcze przed okresem zakupów koni w danym roku, pokazując na nich najlepsze okazy oferowane do sprzedaży. Dzięki regionalnym i ogólnopolskim pokazom zaczął się krystalizować obraz hodowli konia remontowego na terenie kraju.

Najbardziej rozwijała się hodowla konia remontowego w Wielkopolsce. W innych rejonach kraju sytuacja wyglądała rozmaicie, ale wyraźnie dawał się zauważyć nawrót do produkcji remontów tam, gdzie istniała już tradycja hodowlana sprzed I wojny światowej.

Sytuacja w dziedzinie produkcji konia kawaleryjskiego stabilizowała się, natomiast armia odczuwała wyraźny brak dobrego konia artyleryjskiego. W Polsce nie było tradycji w produkcji takiego typu koni.

Od roku 1928 obowiązywał kolejny podział na typy koni kupowanych przez Komisje Remontowe: W – wierzchowy, AL – artyleryjski lekki, AC – artyleryjski ciężki, AO – artyleryjski obniżony i T – taborowy.

Okazało się więc, że nadal nie przewidywano specjalnego typu koni dla artylerii konnej, a ten rodzaj artylerii wyraźnie się różnił od artylerii lekkiej, a tym bardziej ciężkiej. W artylerii lekkiej tylko w wyjątkowych wypadkach konie galopowały – przeważnie poruszały się stępem i czasem kłusem. Chodem artylerii ciężkiej był stęp, kłus był stosowany tylko wyjątkowo, a więc najlepsze tam były konie zimnokrwiste, tzw. stępaki. Natomiast chodem zasadniczym dla artylerii konnej, która musiała towarzyszyć oddziałom kawalerii, był kłus, a także często galop. Takim wymaganiom w ogóle nie mogły sprostać konie typu AC, a z trudnością mogły podołać konie typu AL.

Artyleria polowa, później przemianowana na lekką, pod względem sprzętu nie wiele się różniła od artylerii konnej. Istotną różnicą było poruszanie się obsługi dział w marszach. W artylerii lekkiej żołnierze obsługi dział jechali na przodkach, a w artylerii konnej obsługa przemieszczała się konno.

Tempo poruszania się artylerii konnej było dużo szybsze niż lekkiej, a tym bardziej ciężkiej. Według tabel obowiązujących w Wojsku Polskim, szybkości marszowe były następujące: artyleria konna stępem 6 – 7 km/godz., stępem i kłusem 8 – 9 km/godz., w nocy 6 km/godz. Na przebycie 1 km stępem 10 minut, kłusem 5 minut, galopem 3 minuty 20 sekund. Te szybkości pokrywały się normami obowiązującymi kawalerię. W artylerii lekkiej poruszano się stępem z szybkością 5 – 6 km/godz., stępem i kłusem 7 – 8 km/godz., galop w ogóle nie był przewidziany. Artyleria ciężka maszerowała stępem 4 – 5 km/godz., w nocy 3 – 4 km/godz. Na przebycie 1 km potrzebowała 12 minut. Przeciętny przemarsz dzienny przewidziany dla artylerii konnej to 40 – 50 km (kawaleria około 50 km), dla artylerii lekkiej przewidywano 30 – 40 km, a dla ciężkiej 25 – 35 km.

Konie artylerii konnej musiały dotrzymać kroku kawalerii w tempie jej marszów. Dla koni obsługi nie było to trudne, ale dla koni pociągowych, a zwłaszcza dla lewych koni w parach, na których jechali jezdni, to był wysiłek podwójny. Najcięższą pracę wykonywały konie dyszlowe, gdyż tylko one musiały utrzymać przy zjazdach z pochyłości i przy zatrzymaniu ciężar prawie dwóch ton armaty z przodkiem, bądź jaszcza z przodkiem. Musiały być do tego konie zbliżone do kawaleryjskich, ale masywniejszej budowy.

Takich koni ciągle poszukiwały Komisje Remontowe, ale tylko nieliczne znajdowano u polskich hodowców. Do ustalonych już typów koni kupowanych dla wojska dodano jeszcze wierzchowe dla artylerii – WArt. i wreszcie typ AK – artylerii konnej. Typ ustalono, określono wymagania stawiane takim koniom, ale nadal ich brakowało. Zakładano, że w dywizjonach artylerii konnej wszystkie konie, zarówno w zaprzęgach, jak i obsługi winne być tego typu, z wyjątkiem koni oficerskich, aby można było w razie potrzeby wymieniać te pociągowe lub je zastępować w razie strat w walkach.

W latach trzydziestych okresu międzywojennego obowiązywał jeszcze inny podział koni wojskowych na typy, który przetrwał do wybuchu wojny w 1939 roku. Był on następujący: wierzchowe W1 – od 150 cm wzrostu w kłębie, tzw. miary laskowej, pod siodło dla wyższych dowódców, w pułkach kawalerii i dywizjonach artylerii konnej, dla oficerów artylerii i w szkołach artylerii oraz pod juki w pułkach kawalerii. Wierzchowe W2 – od 146 cm wzrostu, pod siodło dla oficerów broni pieszych, dla podoficerów i szeregowców artylerii (z wyjątkiem artylerii konnej) oraz dla innych broni i służb. Artylerii konnej AK – od 153 cm wzrostu, do zaprzęgu dział artylerii konnej oraz pod siodło dla obsługi. Artylerii ciężkiej AC – od 153 cm wzrostu, do zaprzęgu dział artylerii ciężkiej i do kolumn pontonowych. Artylerii lekkiej AL – od 151 cm wzrostu, do zaprzęgu dział artylerii lekkiej. Artyleryjski lekki obniżony ALO – od 145 cm wzrostu, do dział artylerii piechoty, dla oddziałów łączności i saperów oraz do kolumn taborowych w piechocie. Mierzyny M – od 132 cm wzrostu, do zaprzęgów w biedkach pod karabiny maszynowe i pod juki.

Wymagany wzrost dotyczył koni 3 – 4 letnich. Od koni starszych był wymagany wzrost o 3 cm wyższy bez podków. Obwód klatki piersiowej musiał przewyższać wzrost o 10%. Obwód nadpęcia minimum 18 cm, a dla mierzynów 17 cm.

Kryteria przy zakupie koni dla armii były następujące: konie typu W1, przeznaczone wyłącznie pod siodło, winne być szlachetne, żywego temperamentu, lecz łagodnego charakteru. Musiały mieć dobrze rozwinięty kościec, suche, dobrze zarysowane stawy i ścięgna. Kłąb wyraźnie zarysowany i długi, szyję dobrze osadzoną, klatkę piersiową dobrze rozwiniętą, zad szeroki, pęciny prawidłowo ustawione i dobry, posuwisty, a swobodny ruch. Trzeba pamiętać, że długi stęp jest zasadniczym chodem w marszach kawalerii.

Konie typu W2 powinny odpowiadać tym samym wymogom co konie W1, lecz w stopniu mniejszym, z tym, że zasadniczą ich cechą powinna być pełna przydatność do służby wojskowej.

Z tych dwóch typów koni wierzchowych, już w pułkach kompletowano zaprzęgi taczanek i armat przeciwpancernych.

Typ AK był zasadniczo koniem pociągowym, który chodami i siłą mógł zapewnić utrzymanie tempa marszowego oddziałów kawalerii. Miał to być koń przyziemny, potężnej, prawidłowej budowy, o suchych ścięgnach, prawidłowych kopytach, swobodnych chodach. Grzbiet nieco dłuższy, dobrze związany i umięśniony powinien odpowiadać wymaganiom pod siodło. Szyja raczej krótka i dobrze umięśniona, właściwa do uprzęży chomątowej.

Koń typu AC przeznaczony był do przewożenia wielkich ciężarów zasadniczo w stępie. Jego masa przy proporcjonalności budowy rozstrzygała o sile pociągowej.

Koń typu AL powinien być zdolny do pracy w stępie i kłusie. Początkowo uznano, że koń ten powinien być podobny do konia AK, później zmieniono te wymagania i koń AL był zbliżony wyglądem do konia AC, lecz mniejszego kalibru.

Typ ALO – zbliżony do typu AL. Dopuszczalna była lżejsza budowa i nieco niższy wzrost.

Koni taborowych w latach trzydziestych komisje już nie kupowały. Do taborów przeznaczano konie innych typów, które nie zdały egzaminu w służbie, do której były skierowane, a kategoria T była już tylko przewidziana w ewidencji mobilizacyjnej.

W pułkach kawalerii przydzielane co roku młode konie były wcielane do szwadronów zapasowych, pod opiekę podoficerów ujeżdżaczy i szeregowców starszego rocznika, dobrych jeźdźców i tam powoli wdrażane do służby w szeregach. Odbywało się to zgodnie z obowiązującą, zatwierdzoną do użytku służbowego przez Ministerstwo Spraw Wojskowych „Instrukcją ujeżdżania koni” z roku 1928, unieważnioną następnie w roku 1936 przez wprowadzenie nowej rozszerzonej wersji, zatwierdzonej do użytku służbowego przez ministra spraw wojskowych, gen. dyw. Tadeusza Kasprzyckiego. Ta ostatnia obowiązywała do końca istnienia wojska II Rzeczypospolitej, bo była jeszcze stosowana w oddziałach konnych Armii Polskiej we Francji i w Armii Krajowej, oczywiście gdy był na to czas i sprzyjające okoliczności, w bardzo ograniczonym zakresie. Instrukcje te dotyczyły nie tylko koni wierzchowych, ale także artyleryjskich i taborowych oraz jucznych.

W artylerii remonty były wcielane bądź bezpośrednio do baterii liniowych, bądź do baterii zapasowej, jeżeli taka była zorganizowana. Zależało to od decyzji dowódcy pułku lub dywizjonu samodzielnego, a takimi były dywizjony artylerii konnej. Konie artylerii konnej i lekkiej były ujeżdżane zarówno pod siodłem, jak i w zaprzęgu. W artylerii ciężkiej przygotowywano konie wyłącznie do pracy zaprzęgowej, mimo że pary pociągowe były prowadzone przez jezdnych z siodła, a więc i te podstawowe umiejętności chodzenia pod siodłem były koniom wpajane. Zwłaszcza konie artylerii konnej były specjalnie troskliwie ujeżdżane i zaprawiane do tej najtrudniejszej służby.

Zakupionym remontom wypalano na lewej łopatce numery w formie ułamka. Kolejny numer w liczniku i rok zakupu w mianowniku.

Konie w całej Armii Polskiej z jednego rocznika były nazywane na jedną literę wg stałego klucza. I tak rocznik 1907 na A, 1908 na B itd. aż do Z i Ż w roku 1927. Rocznik 1928 rozpoczął ponownie alfabet od litery A, 1929 – B. Aby uniknąć zmian nazw nadawanych koniom przez hodowców, co wprowadzało potem zamieszanie w ewidencji, proponowano sprzedawcom koni, aby dobierali nazwy remontów zaczynające się od liter obowiązujących dla danego rocznika w wojsku. Ostatni przedwojenny rocznik źrebiąt przygotowywanych na remonty nazywano imionami na literę Ł.

W okresie międzywojennym Polska dysponowała już świetnym koniem typu wierzchowego. Natomiast do końca omawianego okresu nie udało się wyprodukować właściwego typu konia dla artylerii konnej, mimo że konie takie zakupywano. Były to jednak pojedyncze okazy, trafiające się w stadach produkujących konia wierzchowego. Nie było w Polsce stadniny, która by potrafiła dostarczać wyłącznie takie konie, choć zaczynała się zaznaczać pewna specjalizacja w tym kierunku. W ciągu ostatnich lat przed wojną maksymalna stawka koni typu AK, zakupiona jednego roku z jednej stadniny wynosiła 6.

W roku 1934 w periodyku „Jeździec i Hodowca” ukazało się sprawozdanie z przeglądu koni remontowych w 1 Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego i 1 Dywizjonie Artylerii Konnej im. gen. Józefa Bema w Warszawie. Trzeba pamiętać, że był to garnizon stołeczny, do którego, ze względów reprezentacyjnych starano się zawsze dawać dobre konie, a jednak...

„Dnia 16 bm. (kwiecień 1934 roku – przyp. L.K.) Kierownik Remontu Koni M.S.Wojsk. płk Dembiński dokonał przeglądu koni remontowych w 1 pułku szwoleżerów i 1 dywizjonie artylerii konnej. W przeglądzie wzięli udział wszyscy przewodniczący Komisji Remontowych. W czasie przeglądu w 1 pułku szwoleżerów był obecny generał Wieniawa Długoszowski, zaś w dywizjonie artylerii konnej Szef Departamentu Artylerii płk Bold.

Konie w obydwu formacjach przedstawione zostały w doskonałej kondycji. Znać na nich było troskliwą opiekę i racjonalne przygotowywanie do przyszłych trudów.

W 1 pułku szwoleżerów remont jest doskonały i śmiało go pokazywać można wszystkim zagranicznym gościom. (...)

Inspekcja w 1-szym dywizjonie artylerii konnej wypadła już zgoła inaczej. Konie przedstawione zostały wprawdzie w doskonałej formie i pod względem opieki i kondycji nie było nic do zarzucenia, lecz sam materiał jako taki, pozostawiał wiele do życzenia. Koniom brakło tej potęgi ram i umięśnienia jaka wymagana jest do tej służby. Przydzielone konie były dość różnorakich typów, lżejsze i cięższe, przeważnie jednak niedostatecznie mocne i nie wzbudzające zaufania co do swych możliwości pracotwórczych. Na tym miejscu zaznaczyć należy, że remont do artylerii konnej jest najtrudniejszy do zdobycia. Konie tego typu pojawiać się mogą tylko przy bardzo wysokim poziomie hodowli krajowej. Połączenie potężnego kośćca o wysokiej jakości ze zdolnością do szybkiego biegu i wielką wytrzymałością – są to najwyższe zadania jakie hodowli postawić można i tu musimy sobie powiedzieć otwarcie, że do tego jeszcze nie doszliśmy i koni takich nie mamy. To co się przydziela do artylerii konnej jest tylko namiastką mniej lub więcej udanie dobraną pod względem form, ale nie treści.

Winy w tym niczyjej nie ma, gdyż hodowla nasza nie stanęła jeszcze na tym poziomie, aby dać pełnowartościowego konia tego typu. Zbliżamy się już w swych możliwościach do produkowania zadawalających, a nawet i niezłych koni wierzchowych, lecz mamy jeszcze zbyt mało pracy za sobą i wkładów w hodowlę, aby mógł powstać dobry koń do artylerii konnej. Na to musimy jeszcze poczekać nie ustając w wytrwałej a systematycznej pracy hodowlanej i zdając sobie sprawę, że do tego ideału dążyć powinniśmy, gdyż jest to koń wszechstronnie użytkowy”.

W 1938 roku w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie Zbigniew Dobraczyński, w porozumieniu z Ministerstwem Spraw Wojskowych wykonał i obronił prace dyplomową pt. „Typ konia artylerii konnej”. Praca została wykonana w 1 Dywizjonie Artylerii Konnej w Warszawie. Obserwacjom i pomiarom poddano stawkę 101 koni, wybranych losowo z całego stanu koni dywizjonu. Pominięto konie wierzchowe oficerów i podoficerów. Wynik badań jest uzupełnieniem powszechnej opinii fachowców o pogłowiu koni artylerii konnej w ogóle, a poczynione wyliczenia i obserwacje potwierdzają zebrane przez parę lat dane.

Biorąc pod uwagę pochodzenie koni – 85,3% było urodzonych w Polsce, 10,9% w Irlandii, 1,9% w Ameryce, 1,9% na Węgrzech, czyli koni obcego pochodzenia było 14,7%. Te zagraniczne konie, to pozostałość jeszcze z wojny światowej, ale mimo podeszłego wieku pracowały jeszcze zupełnie dobrze. Spośród koni krajowych 50% została wyhodowana przez większą własność ziemską, 24,4% przez włościan, a reszta została nabyta od handlarzy jeszcze przed rokiem 1928, kiedy to było dopuszczalne. 79,3% koni to wałachy, a 26,7% klacze.

Kategorie wojskowe wg książeczek ewidencyjnych koni 1 DAK-u przedstawiały prawdziwą mieszaninę typów: W1 – 17,9%, W2 – 3,0%, AK – 22,8%, AL – 53,5%, AC – 0,9%, T – 0,9%, M – 0,9%.

Autor, jak to było dawniej w zwyczaju przy pracach dyplomowych, wykonał na badanym pogłowiu koni po 22 pomiary biometryczne. Powszechnie przy opisie koni używa się trzech podstawowych pomiarów – wysokości w kłębie, obwodu klatki piersiowej i obwodu nadpęcia. Średnia arytmetyczna tych pomiarów koni 1 DAK wynosiła: wysokość w kłębie – 160,93 cm (minimum 157,51 – maksimum 167,36), obwód klatki piersiowej – 191,9 cm (187,6 – 199,0), obwód nadpęcia – 21,0 cm (18,5 – 22,0).

Wśród koni pomierzonych było kilka wyróżniających się jako idealne w typie i w pracy, ale tylko jeden z nich był przedstawicielem typu AK! Wszystkie konie poddane badaniom pracowały doskonale w służbie, miały duży temperament, były łagodne i mimo, że były końmi zaprzęgowymi, dobrze skakały przez przeszkody.

Nie zachowały się relacje z 2 Dywizjonu Artylerii Konnej im. gen. Józefa Sowińskiego z Dubna o przebiegu mobilizacji koni w sierpniu 1939 roku. Można tylko domniemywać, że problemy były takie same jak w innych dywizjonach tzn. brak było odpowiednich koni, a na pewno ich niedobór, a jeżeli były odpowiednie, to ogromne kłopoty sprawiała ich nieumiejętność chodzenia w zaprzęgach sześciokonnych. Nie sprawiały takich kłopotów konie przeznaczone do taborów, bo konie wiejskie w parach i pojedynkach ciągnąć umiały. Mowa o pojedynkach, ponieważ wsie wołyńskie dostarczały na mobilizację zamiast wozów parokonnych częściej małe wózki jednokonne, które potem wydłużały kolumny taborowe, a do tego miały bardzo ograniczoną ładowność. Jeżeli gdzieś zachowały się jednak wspomnienia z mobilizacji koni i wozów z 2 DAK-u, to nie są one znane autorowi. W szczegółowej relacji z kampanii wrześniowej dowodzonego przez siebie 2 DAK-u, ppłk Jan Kamiński tej problematyce nie poświęca uwagi.

Etatowe ilości koni w dywizjonach artylerii konnej zmieniały się na przestrzeni lat. Niestety dokładne ich porównanie nie jest możliwe na skutek niedokładności źródeł. Niektóre z nich podają ilości koni w baterii, a nie w dywizjonie i nie znając w danym okresie składu pozostałych oddziałów dyonu, samo pomnożenie stanu baterii przez ich ilość nie oddaje stanu faktycznego. Niektóre informacje uwzględniają kolumny amunicyjne i tabory dywizjonu, inne nie, ale nie zaznaczają czy tak jest. W rezultacie próba prześledzenia różnic w stanach koni z poszczególnych lat pomiędzy rokiem 1919 a 1939 jest prawie niemożliwa.

Dokładne stany ilościowe podaje „Podręcznik do operacyjnej służby sztabów” część III z 1928 roku. Według tego źródła stan koni w trzybateryjnym dywizjonie winien wynosić 721, w tym w drużynie dowódcy dywizjonu – 106, w baterii 175, czyli w trzech bateriach – 525, a w kolumnie amunicyjnej 90 koni.

Współczesne opracowania o artylerii konnej podają stany ilościowe także z lat 1919, 1924, 1936 i 1938, ale jest w nich wiele błędów, nawet prostych rachunkowych, więc korzystanie z nich byłoby tylko ich powielaniem. W różnych relacjach brakuje istotnych informacji, czy podawane stany ilościowe dotyczą etatów obowiązujących, czy stanu faktycznego w konkretnym czasie. A te różniły się często dosyć istotnie, kiedy w okresie międzywojennym w całej armii był stały niedobór koni, zresztą w artylerii dużo mniejszy niż w kawalerii. Na przykład w roku 1933 brakowało ogółem we wszystkich rodzajach artylerii 1650 koni. Braki te wypełniono dopiero podczas mobilizacji w roku 1939, kiedy to doprowadzono w artylerii konnej do pełnych etatowych stanów wojennych – w dywizjonach trzybateryjnych 902 konie i 1149 w dywizjonach czterobateryjnych. Ilość baterii w dywizjonie była uzależniona od ilości pułków kawalerii w brygadzie, w której skład wchodził dywizjon. Łącznie we wszystkich jedenastu dywizjonach artylerii konnej, bez ośrodków zapasowych, było w kampanii wrześniowej 10 910 koni. Niestety brak jest danych, ile w tym było koni w przepisowym typie AK – artylerii konnej, a ile innych typów.

Straty koni w artylerii konnej podczas kampanii wrześniowej były na pewno procentowo większe niż w kawalerii. W kawalerii, która spieszyła się do walki, koniowodni odprowadzali konie na tyły i rzadko podprowadzali je na pierwszą linię. Natomiast działony artylerii konnej często, zwłaszcza do walki z bronią pancerną, podjeżdżały na bliską odległość, aby armaty mogły strzelać na wprost, a wtedy zaprzęgi dział i jaszczy były narażone na bezpośredni ogień nieprzyjaciela, co powodowało poważne straty i w ludziach i koniach. Stąd niejednokrotnie konieczność pozostawienia podczas walk armat czy jaszczy, gdy całe zaprzęgi zostały wybite, a brakowało czasu na ich wymianę, a pod koniec kampanii i koni na wymianę przy przodkach.

Jak wspominał w swej książce ppłk Jan Kamiński, dowódca 2 Dywizjonu Artylerii Konnej im. gen. Józefa Sowińskiego, już w pierwszym dniu wojny, w walkach pod Mokrą, dywizjon ten stracił 115 koni. Wspomina dalej, że podczas odwrotu „zaopatrzenie szwankowało. Z powodu zatłoczenia dróg przez uciekającą ludność oraz bombardowań tabory żywnościowe nie docierały na czas do oddziałów. Dużo wozów zaginęło. Brak było furażu dla koni, brak chleba i kawy. Konie chudły, żołnierze byli odżywiani niedostatecznie”.

Ppłk Kamiński tak pisze o wydarzeniach z połowy września 1939 roku: „Ten stukilometrowy marsz, trwający około 40 godzin, był bardzo wyczerpujący zarówno dla ludzi jak i dla koni, gdyż zaopatrzenia prawie nie było. Zakupywana w nieznacznej ilości żywność dla ludzi i pasza dla koni podtrzymywała jako tako siły, jeżeli jednak idzie o konie, to ich wyczerpanie przerastało znacznie wyczerpanie ludzi. Dla ratowania zdolności marszowej baterii kazałem wyprządz konie ze znacznej części kolumny amunicyjnej i uzupełnić nimi zaprzęgi baterii, a pozostawione jaszcze zniszczyć. Konie nie nadające się do dalszego marszu kazałem oddać miejscowym gospodarzom. Taborów już od kilku dni nie było, gdyż zginęły gdzieś po drodze. Przy bateriach pozostały jedynie kuchnie polowe, które już przed tygodniem kazałem dołączyć do części bojowej dywizjonu”.

Po czterotygodniowych ciężkich walkach odwrotowych z Niemcami, bombardowany przez lotnictwo nieprzyjacielskie, 2 Dywizjon Artylerii Konnej, pozbawiony ciężkiego sprzętu, bez dział i jaszczy, przestał istnieć. To co z niego pozostało, to około 50 koni. Ten konny oddział artylerzystów, z dowódcą dywizjonu na czele, kierując się ku granicy węgierskiej, dostał się do niewoli niemieckiej.

Z około 1200 koni (gdyż dołączyła do dywizjonu 15 bateria artylerii konnej) pozostało około 50 czyli niecałe 5% stanu wyjściowego.

Organizowane po odzyskaniu niepodległości w latach 1918/1919 oddziały artylerii konnej, napotkały na podobne trudności jak i inne rodzaje broni, niedoborów wszystkiego co wojsku do życia, działania i walki jest konieczne. Korzystano z tego co po zaborcach pozostało na ziemiach polskich, ale tego było za mało i do tego różnych typów i wzorów. Musiało minąć parę lat, kiedy Polska okrzepła na tyle gospodarczo, że stawała się powoli samowystarczalna w produkcji ubiorów, wyposażenia, uzbrojenia i sprzętu. Zanim to jednak nastąpiło wojsko borykało się z rozmaitością tych elementów koniecznych dla istnienia armii.

Dla artylerii konnej obok koni najistotniejsze były rzędy wierzchowe i uprzęże do zaprzęgów sześciokonnych, bo takie były konieczne do poruszania armat i jaszczy z przodkami. W magazynach po okupantach znalazły się rzędy wierzchowe austriackie (kawaleryjskie i artyleryjskie), niemieckie (kawaleryjskie i artyleryjskie), a także zdobyczne rosyjskie, oprócz tego uprzęże austriackie chomątowe i szorowe, niemieckie chomątowe i szorowe i także zdobyczne rosyjskie chomątowe. Organizowane w początkach roku 1919 plutony i baterie artylerii konnej, wyposażone w zależności od możliwości w kilka różnych typów dział, przodków i jaszczy, używały do zaprzęgów takich uprzęży, w jakie je zaopatrzyły władze zwierzchnie, bądź w wielu wypadkach, jakie danemu oddziałowi udało się uzyskać swoimi sposobami i zaradnością. To samo dotyczyło rzędów wierzchowych dla obsługi dział – używano takich, jakie były dostępne, a nie jakie winny być.

Nie da się dziś ustalić jakich uprzęży używały poszczególne baterie i dywizjony artylerii konnej, bo tym nie zajmowali się historycy dywizjonów, mimo, że od posiadania uprzęży zależała możliwość poruszania się działonów. Do uprzęży, jakie na terenach polskich pozostały po okupantach, doszły jeszcze w roku 1919 szorowe uprzęże artyleryjskie francuskie, przywiezione przez „Błękitną Armię” gen. Hallera. Podczas wojny polsko-sowieckiej, braki w wyposażeniu, a więc także rzędów wierzchowych i uprzęży, uzupełniano przez zakupy za granicą, przez polskie misje wojskowe, które za pośrednictwem prywatnych firm handlowych sprowadzały je do kraju. Były tam siodła i uprzęże austriackie i niemieckie, ale także z demobilu armii zachodnich. Tylko bardzo dokładne poszukiwania w Centralnym Archiwum Wojskowym mogłoby dać ewentualnie odpowiedź na tak szczegółowe pytania: ile i jakich typów, jakiego pochodzenia tych elementów wyposażenia trafiło do Wojska Polskiego, a w tym do artylerii konnej.

Podczas wojny 1918 – 1920, tak jak w kawalerii, zwłaszcza w oddziałach ochotniczych, tak i w artylerii konnej korzystano z takich siodeł, jakie udało się zdobyć, a więc nie gardzono nawet sportowymi, a także i starymi zabytkowymi.
Dopiero po wojnie, kiedy zaczęto ujednolicać w oddziałach uzbrojenie i wyposażenie, ustalono, że najlepszymi, sprawdzonymi uprzężami dla artylerii konnej są austriackie uprzęże chomątowe wz. 99 oraz kompletne rzędy wierzchowe tego samego wzoru 99. Był to typ uprzęży sześciokonnej tzw. orczycowy, różniący się od bezorczycowej. Różnica polegała na tym, że para koni przednia i środkowa w zaprzęgu były połączone pasami pociągowymi i postronkami z orczycą zawieszoną na końcu dyszla przodka armaty czy jaszcza, a tylko para dyszlowa swoimi pasami i postronkami pociągowymi połączona była z orczycą stałą na przodku. W innych typach uprzęży artyleryjskiej nie było orczycy zawieszanej na dyszlu i wszystkie pary koni połączone swoimi pasami pociągowymi były przypięte do orczycy stałej na przodku. Chomątowa uprząż orczycowa pochodzenia austriackiego stanowiła wyposażenie wszystkich dywizjonów artylerii konnej do ich końca w kampanii wrześniowej 1939 roku.

Początkowo i obsługi dział i jaszczy, nie tylko jezdni, a także cały personel konny dywizjonów, z wyjątkiem oficerów, dosiadał koni na austriackich rzędach wz. 99, których siodła miały ruchome ławki. Już pod koniec lat dwudziestych XX wieku, kiedy polska produkcja siodeł wz. 25 stała się wystarczająca na potrzeby brygad kawalerii, także szeregowi artylerii konnej, z wyjątkiem jezdnych prowadzących zaprzęgi, otrzymali w miejsce rzędów austriackich polskie rzędy wierzchowe szeregowych wz. 25 i na nich wyruszyli w roku 1939 na wojnę.

Rzędy oficerskie podczas wojny 1918-1920 nie były znormalizowane i była ich duża rozmaitość. Oficerowie używali pozostałości po armiach zaborczych, a więc rzędów austriackich oficerskich wz. 99, niemieckich wz. 1910, a także rosyjskich, zwłaszcza ci, którzy wywodzili się z tej armii. Były też w użyciu oficerskie rzędy francuskie. Niektórzy zamawiali sobie nowe siodła, czasem zaprojektowane według własnej fantazji, a siodlarze i rymarze szyli to, co który potrafił. Dopiero przygotowanie polskiego rzędu oficerskiego wz. 25 doprowadziło do ujednolicenia oficerskich rzędów wierzchowych. Ten rząd był de facto oficerskim rzędem rosyjskim z pewnymi tylko innowacjami. Wszystkie okucia zarówno siodła jak i ogłowia były w Polsce z białego metalu, gdy rosyjskie były z blachy miedzianej, czerwono-żółtej. Poduszki na tybinkach zostały zastąpione poduszkami pod tybinkami. Munsztuki polskie otrzymały zabezpieczenia przed wypadnięciem haczyków z kółek przy uździe, czego w rosyjskich munsztukach nie było. W miejsce ciemnego, rosyjskiego filcu wszystkich podkładów, zastosowano powszechnie filc żółty.

W połowie lat dwudziestych zaprojektowano pierwszy polski typ siodła dla Wojska Polskiego oraz całego rzędu wierzchowego szeregowych. Przyjęto dla niego określenie – rząd wierzchowy wz. 25. Był on w zasadzie połączeniem elementów dwóch rzędów obcych, angielskiego wz. 1912 i rosyjskiego wz. 1888. Z siodła typu „kanadyjskiego”, jak u nas określano siodło angielskie, wzięto kształt zewnętrzny i podobieństwo w wykonaniu ławek i łęków, dodając jednak poduszki kolanowe na podtybinkach. Z rzędów rosyjskich skopiowano wykonanie części skórzanych terlicy, czaprak, sakwy i uzdę.

W latach 1927 i 1928 nastąpiły pewne zmiany w konstrukcji samych terlic, ale to nie zmieniało kształtu rzędów, ani ich oznaczenia. Nadal pozostał wz. 25, choć terlice w nich były wz. 27 lub wz. 28. Różnica była bardzo istotna, choć niewidoczna. Poszukując sposobu ograniczenia do minimum możliwości urazów grzbietów koni, zaproponowano wykonywanie ławek nie z jednego kawałka drewna lecz ze sklejki, która ma większą elastyczność. Był to polski patent, który zastosowano w terlicach wz. 27 i 28. Te ostatnie różniły się od poprzednich tylko większą ilością rozmiarów. Było ich we wz. 28 cztery, gdy we wz. 27 dwa. Siodła wz. 25 wykonywano zarówno dla kawalerii, jak i dla artylerii i innych rodzajów broni i służb, także do zaprzęgów. Różnica polegała w zamocowaniu na przednim łęku przy siodłach zaprzęgowych, ucha do upinacza uprzęży i ucha do powodu konia podręcznego. Mimo przygotowania tych siodeł do uprzęży artyleryjskiej, dla jezdnych artylerii konnej, do uprzęży austriackiej ich nie stosowano.
Wprowadzenie do użytku w kawalerii nowego wzoru rzędów wierzchowych szeregowych wz. 36 nie objęło artylerii konnej. Natomiast część młodych oficerów tej broni, rozpoczynając służbę w dywizjonach po promocji na podporuczników, zamawiała już rzędy oficerskie wz. 36, a nie jak dotychczas wz. 25, mimo, że te też jeszcze można było używać.
Nie ma pewności, czy kolumny amunicyjne artylerii konnej używały uprzęży artyleryjskich austriackich czy innego typu będących w wyposażeniu oddziałów polskich, choć jest to prawie pewne. Niestety nie natrafiono na dokładne dane na ten temat.

Brak także szczegółowych informacji, jakich uprzęży używały dywizjony artylerii konnej w pojazdach plutonów łączności, pojazdach transportujących sprzęt zwiadu, w taborze bojowym II rzutu, bagażowym i żywnościowym. Wiadomo, że część tych pojazdów, a więc i uprzęży stanowiła wyposażenie dywizjonów w okresie pokojowym, a więc była typów przyjętych w armii. Na pewno uprzęże różniły się między sobą w różnych okresach istnienia dywizjonów. Jednak dzisiaj, po latach, można się tylko domyślać jaka, kiedy i w których dywizjonach uprząż była używana. To samo dotyczy uprzęży pojazdów transportujących lekkie i ciężkie karabiny maszynowe w bateriach i kolumnach amunicyjnych. Czy we wszystkich dywizjonach było jednakowo, czy różniły się one pomiędzy sobą? W czasach wojny bolszewickiej i w pierwszych latach po niej na pewno były różnice, ale jak było potem?


Jeszcze w roku 1930 czerpiąc dane z „Instrukcji taborowej” obowiązującej wszystkie bronie i służby, w użyciu były oprócz artyleryjskiej uprzęży chomątowej typu austriackiego, artyleryjska uprząż chomątowa typu niemieckiego, artyleryjska uprząż szorowa typu francuskiego i artyleryjska uprząż szorowa wz. 27 (polska). Uprzęże taborowe parokonne: szorowa wz. 27 bez natylników, szorowa z natylnikami, improwizowana, szleja typu gospodarskiego, jednokonna uprząż chomątowa i szorowa, uprząż chomątowa do zaprzęgu w „szydło”, czwórkowa do zaprzęgu mieszanego, jednokonna uprząż z przyprzążką i uprząż wyjazdowa.

Tuż przed wybuchem wojny w 1939 roku doszły do tego: uprząż artyleryjska szorowa wz. 36, uprząż artyleryjska chomątowa wz. 36, uprząż taborowa szorowa wz. 31 z natylnikami, wz. 31 bez natylników, uprząż parokonna szorowa wz. 36, trójkonna wz. 36, uprząż czterokonna szorowa wz. 31 do zaprzęgu mieszanego (Dziennik Rozkazów MSWojsk. nr 11/38, poz.124).

Po mobilizacji w roku 1939, kiedy uzupełniano konie i pojazdy poboru wraz z uprzężami, trafiły do dywizjonów uprzęże dworskie i chłopskie, bardzo różne i w bardzo różnym stanie, w wielu wypadkach wymagające natychmiastowej interwencji rymarza. Czasem nawet niezdatne do użytku. Małe, drobne koniki, zwłaszcza na kresach, w słabej uprzęży jednokonnej, z małym wózkiem o niewielkiej ładowności były potem zmorą kilometrowych taborów z psującym się sprzętem. Natomiast podczas poboru stawiało to komisje poborowe oddziałów w trudnej sytuacji, ponieważ dostarczany sprzęt i konie nie spełniały wymogów elaboratów mobilizacyjnych. Aby mieć wystarczający tabor do transportu określonej ilości ładunków trzeba było podwajać ilość zaprzęgów, a tym samym ilość żołnierzy do ich obsługi.

Siodła austriackie, używane w polskiej artylerii konnej nie miały czapraków skórzanych lecz jako podkład służyły derki. W przeciwieństwie do polskich rzędów, dwie duże sakwy były troczone z przodu siodła, a nie za tybinkami na czapraku. Początkowo szable jezdnych były troczone pionowo za lewą tybinką siodła, potem, kiedy cała kawaleria przyjęła system troczenia szabli pod lewą tybinką, także szable jezdnych tam znalazły swoje miejsce. Dopiero pod koniec lat trzydziestych, kiedy władze zwierzchnie doszły do wniosku,
że szable jezdnych są tylko niepotrzebnym balastem, gdyż i tak jezdni mając obie ręce zajęte powodowaniem końmi, nie będą mogli ich użyć, zabrano szable z rzędów jezdnych artylerii konnej. Obsługom dział nadal pozostawiono szable.

Gdy kanonierzy i podoficerowie dywizjonów artylerii konnej, z wyjątkiem jezdnych otrzymali polskie rzędy wz. 25 w miejsce austriackich, troczono je tak, jak w całej armii polskiej: na przednim łęku duży owsiak, a na nim zrolowany płaszcz, na łęku tylnym zrolowany koc. To troczenie rzędów szeregowych różniło się od troczenia rzędów oficerskich wz. 25. Miały one nie jedną parę sakw dużych na czapraku, a jedną parę na czapraku za tybinkami siodła, a na przednim łęku drugą parę małych sakw. Z przodu troczono zrolowany koc zachodzący na sakwy, a na nim pelerynę, z tyłu mały owsiak i zrolowany płaszcz przykrywający sakwy. Pod lewą tybinką szabla.

Kiedy w roku 1938 ukazała się „Instrukcja noszenia, troczenia i pakowania wyposażenia w kawalerii” również artyleria konna zastosowała się do tych nowych przepisów. Ujednolicono troczenie rzędów szeregowych z rzędami oficerskimi, aby oficerowie na przyszłej wojnie nie różnili się od szeregowych. Nowy przepis troczenia dotyczył zarówno rzędów wz. 25, jak i nowych rzędów wz. 36, które sukcesywnie wprowadzano do pułków kawalerii. W artylerii konnej pozostawiono rzędy wz. 25, trocząc je według nowego przepisu. Dotyczyło to także rzędów oficerskich wz. 25 i wz. 36.

Według tej instrukcji na przednim łęku pozostał tylko płaszcz, duży owsiak został zamieniony na mały, który troczono na tylnym łęku w miejsce koca, który zupełnie usunięto. Pozostała tylko derka pod czaprakiem skórzanym obszytym filcem. Szabla została na swoim miejscu. Na oficerskich siodłach wz. 36 nie było już metalowych okuć na łękach i zniknęły z nich też okute kule. Czaprak i tylne sakwy pozostały takie same, natomiast usunięto przednie sakwy, tak lubiane przez oficerów, ponieważ były bardzo wygodnymi schowkami podręcznymi, np. na dodatkową amunicję pistoletową itp. Istotnym zmianom uległa uzda rzędu oficerskiego wz. 36. Usunięto z niej okucia metalowe, zmniejszono ilość rzemieni i zamiast wędzidła i munsztuka zastosowano munsztuk wędzidłowy (pelham) z łańcuszkiem.

Szeregowym artylerii konnej nie zmieniono rzędów wz. 25 na wz. 36, ale część oficerów, zwłaszcza młodszych miała już rzędy wz. 36. Miały one jeszcze ten walor (rzędy szeregowych też), że były lżejsze od rzędów wz. 25, a o to też chodziło, aby ulżyć koniom, oraz uzdy były łatwiejsze do kiełznania, bo koń do pyska dostawał jedno „żelazo”, a nie dwa. Rząd wierzchowy szeregowych wz. 25 ważył 25,1 kg, a rząd oficerski tego samego wzoru 21,1 kg. Pakunek siodła oficerskiego - 13,65 kg, a siodła szeregowych – 15,37 kg.

Rzędy oficerów artylerii, tak jak w kawalerii, były własnością prywatną oficerów służby stałej. Świeżo promowany podporucznik musiał go kupić za własne pieniądze, tak jak i drugi rząd sportowy. Spłaty za rzędy były rozkładane na raty, a podchorążowie już podczas nauki w szkole wpłacali na ten cel zaliczki.

Oficerowie rezerwy meldujący się w swoich dywizjonach podczas mobilizacji (zresztą tak samo jak na manewry), jeżeli nie mieli swoich prywatnych rzędów (bo nie musieli go mieć), otrzymywali rząd szeregowego.

W dywizjonach artylerii konnej, austriackie siodła jezdnych, dla osiągnięcia możliwie jednakowego wyglądu upodabniano w pakowaniu do siodeł polskich. Polegało to na tym, że na tylnym łęku umieszczano mały owsiak, a na przednim zrolowany płaszcz i płachtę namiotową troczono przykrywając sakwy.

Ilości środków przewozowych dywizjonów artylerii konnej zmieniały się na przestrzeni lat. Zależało to od ilości baterii w dywizjonie, unowocześniania sprzętu, a tym samym ubywania bądź przybywania pojazdów i ich dostosowywania do wymogów zmieniających się etatów. Zmiany nie były jednakowe we wszystkich dywizjonach. Często mijało sporo czasu pomiędzy ukazaniem się rozkazu dotyczącego zmian, a jego wykonaniem, z braku odpowiedniej ilości sprzętu w danym momencie w składnicach.

Do środków przewozowych w artylerii należały też działa i jaszcze z przodkami, a nie tylko pojazdy innego typu. Przykładowo w roku 1928 według etatu dywizjon artylerii konnej składający się z drużyny dowódcy dywizjonu, 3 baterii po 4 działa i kolumny amunicyjnej winien dysponować 109 środkami przewozowymi, w tym 12 działami i 24 jaszczami oraz 73 wozami. W drużynie dowódcy dywizjonu 35 wozów – w taborze bojowym (T.B. 1): 2 wozy telefoniczne, 1 wóz sanitarno-weterynaryjny; w taborze bagażowym (T.B. 2): 1 kuchnia polowa, 1 wóz przykuchenny, 2 wozy bagażowe, 1 wóz płatnika, 1 kuźnia, 1 bryczka; w taborze żywnościowym: 1 wóz furażowy i 2 sekcje taboru żywnościowego po 12 wozów.
W każdej baterii – w taborze bojowym: 4 działa z przodkami, 4 jaszcze z przodkami, 2 wozy telefoniczne, 2 wozy pod ciężkie karabiny maszynowe; w taborze bagażowym: 1 kuchnia polowa, 1 wóz przykuchenny, 1 wóz bagażowy, 1 kuźnia, 1 wóz rusznikarsko-kowalski; w taborze żywnościowym: 2 wozy furażowe.
W kolumnie amunicyjnej: 12 jaszczy amunicyjnych z przodkami, 1 kuchnia polowa, 1 wóz przykuchenny, 1 wóz bagażowy, 1 kuźnia – te wszystkie pojazdy w taborze bagażowym oraz 1 wóz furażowy w taborze żywnościowym.
Jeszcze pod koniec lat dwudziestych w dywizjonach artylerii konnej część wozów stanowiły dwukołowe rosyjskie biedki jednokonne, do których doprzęgano drugiego konia i powożono nimi z siodła. Służyły one do transportu sprzętu łączności i karabinów maszynowych. W miarę zużywania się tych pojazdów na ich miejsce wprowadzano wozy taborowe polskie różnych typów i te służyły jeszcze w kampanii wrześniowej 1939 roku. Niemożliwe jest dziś stwierdzenie, jakich typów wozy taborowe były w poszczególnych dywizjonach artylerii konnej. A używano czterech typów: wz. 19, wz. 31, wz. 33 i wz. 35. Wozy wz. 19 i wz. 35 były typu rozworowego, a wz. 31 i wz. 33 typu sworzniowego. Te wozy wojskowe dobrze się sprawdzały w kampanii wrześniowej. Natomiast niekończące się kłopoty miały oddziały z wozami pochodzącymi z mobilizacji, rozmaitego typu cywilnego.
Budowa i wielkość wozów w Polsce była zróżnicowana w zależności od dzielnicy kraju. Już parę lat przed wojną władze wojskowe czyniły starania, aby ujednolicić i znormalizować produkcję wozów w całym państwie. Najistotniejsze było, aby nie zachodziły różnice w rozstawie kół, ich średnicy i szerokości obręczy. Te słuszne projekty nie rokowały nadziei na szybkie ich zrealizowanie. Było wiele trudności do pokonania: przyzwyczajenie ludności wiejskiej do swojego typu pojazdów, stan dróg, jakość gleby, nawyki w utrzymywaniu lubianego typu koni, poziom kultury rolnej i cywilizacji ludności na danym terenie. Na kresach wschodnich ładowano na wóz 100 kg, co było już dużym ciężarem przy rozstawie kół 76 cm i ich średnicy około 70 cm. W Wielkopolsce rozstaw kół wynosił 142 cm przy średnicy ponad 100 cm, umożliwiając przewożenie ładunków o wiele większych. Mściło się to potem na wojsku podczas działań wojennych, kiedy małe wózki rozlatywały się pod ciężarem ładunków, a ciężkie wozy wielkopolskie grzęzły w piasku na wąskich drogach leśnych Polski centralnej.
Kiedy wprowadzono na wyposażenie kawalerii nowe taczanki wz. 36 pod ciężkie karabiny maszynowe, taczanki poprzednie wz. 28, wycofywane z pułków jazdy przekazywano do artylerii, zwłaszcza konnej gdzie zastępowały wozy taborowe służące dotychczas pod ciężkie karabiny maszynowe.

W okresie międzywojennym było w Wojsku Polskim kilkanaście typów kuchni polowych o ciągu konnym. Różniły się wielkością, pojemnością, konstrukcją i przeznaczeniem. Były kuchnie z przodkami i bez nich. Od tego wszystkiego zależał typ zaprzęgu tych pojazdów. Większość wymagała zaprzęgów parokonnych, zaś w trudnych warunkach terenowych i przy szybkich marszach, jak w brygadach kawalerii – czterokonnych. Niektóre większe – wyłącznie czterokonnych. Były jeszcze także małe, typu rosyjskiego, bez przodka, powożone z kozła, jednokonne, ale z możliwością doprzęgnięcia drugiego konia. Większość kuchni o zaprzęgu czterokonnym była prowadzona z siodła przez jezdnych, aby nie zabierać miejsca kucharzom na przodku przez powożącego. Ale były i kuchnie o zaprzęgu mieszanym – para przednia prowadzona z siodła przez jezdnego, a para dyszlowa powożona z kozła przodka. Bardzo wątpliwe, by można się było kiedykolwiek dowiedzieć, jakich typów kuchniami dysponowały w roku 1939, a także wcześniej, dywizjony artylerii konnej. Jeżeli w rozkazach, relacjach i wspomnieniach była o nich mowa, to nigdy nikt nie wymienił ich typów, bo na pewno nikt się tym nie interesował. Kuchnie miały zapewnić gorący posiłek żołnierzom i wspominano o nich często, gdy gdzieś zaginęły po drodze, albo co gorsze, zostały zniszczone w walkach, przeważnie od lotnictwa nieprzyjacielskiego, ale jakie one były, to nikogo nie obchodziło.
Postęp w rozwoju łączności powodował, że wprowadzając na użytek wojska radiostacje, jednocześnie wozy transportujące sprzęt łączności (według danych z 1928 roku dywizjon artylerii konnej winien poosiadać: 4 łącznice 10-cio połączeniowe, 15 aparatów telefonicznych, 60 km kabla telefonicznego, 8 aparatów sygnalizacji świetlnej, 12 tarcz sygnałowych, 1 komplet płacht do łączności z lotnikiem) wymieniano na specjalne taczanki telefoniczne.

W roku 1930 oprócz już wymienionego polskiego wozu taborowego wz. 19, był jeszcze używany w oddziałach wóz taborowy typu niemieckiego M. 95, wóz furażowy (drabiniasty), wóz ciężarowy na resorach (platforma), biedka taborowa wz. 23, biedka taborowa typu rosyjskiego. Wśród pojazdów specjalnych oprócz różnego rodzaju biedek dla piechoty były: taczanka kawaleryjska wz. 28, wóz taborowy wz. 19 przystosowany pod ciężki karabin maszynowy, biedka saperska wz. 23, biedka saperska typu rosyjskiego i biedka telefoniczna wz. 28. Wśród pojazdów technicznych było kilka typów kuchni polowych, piekarni polowych, aparaty dezynfekcyjne, wozy kolumn pontonowych, pojazdy radiowe R.K.D. i R.K.A., stacje reflektorowe i gołębnik wz. 27.

Jeszcze na początku lat trzydziestych, wszystkie pojazdy konne, z wyjątkiem sprzętu artyleryjskiego, były zaliczane do taborów. Pod koniec okresu międzywojennego, w gestii Dowództwa Taborów pozostały już tylko wozy taborowe, taczanki, a także biedki ckm i amunicyjne oraz niektóre pod inny sprzęt. Część pojazdów specjalnych zmotoryzowano, a część, nadal o trakcji konnej, wyłączono z taborów. Na przykład pojazdy z radiostacjami przeszły na ewidencję wojsk łączności, kuchnie polowe i piekarnie przeniesiono do intendentury. W roku 1938 w ewidencji taborów były: wozy taborowe wz. 19, 31, 33, 35, wóz taborowy z półkoszkami, taczanki wz. 36 pod ckm piechoty, taczanki wz. 36 pod ckm kawalerii, taczanki wz. 36 chemiczne, taczanki wz. 36 opgaz. (obrony przeciwgazowej), taczanki wz. 36 pionierskie, taczanki wz. 36 sanitarne, taczanki wz. 36 telefoniczne i różne biedki pod sprzęt piechoty.

Tylko niektóre z tego „taborowego” wykazu mogły być używane w dywizjonach artylerii konnej. Które z nich były podczas kampanii wrześniowej w 2 Dywizjonie Artylerii Konnej nie wiadomo. Wiadomo tylko jakie ten dywizjon miał działa, jaszcze i przodki, a wszystko to stracił podczas ciężkich walk wrześniowych 1939 roku. Za swoje męstwo i wytrwałość, aż do wyczerpania możliwości dalszej walki, decyzją Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari 2 Dywizjon Artylerii Konnej im. Gen. Józefa Sowińskiego został odznaczony Krzyżem Srebrnym tego orderu.

Lesław KUKAWSKI

Reklama

Lesław Kukawski - konie kawalerii II RP komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez dobroni.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Military Art Sp. z o.o. z siedzibą w Sochaczew 69-500, Warszawska 8

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"